-

przemsa

Taryfa dzienna, taryfa nocna [7]

„Jeśli nawet historia ta nie jest prawdziwa, jest ona prawdziwym zmyśleniem.”
Marek Hłasko „Piękni dwudziestoletni”

 

siedem

Sporo się na niego wyczekałem. Zlecenie terminowe, konkretna godzina. Miałem więc prawo włączyć taksometr o wskazanej porze. Najpierw jednak wysłałem sms przez centralę, że jestem na miejscu i dałem mu jeszcze pięć minut. Dopiero wtedy rozpocząłem kurs. Błąd, nie powinienem tak robić. Nie tylko w tym konkretnym przypadku, ale w ogóle. To kwestia wzajemnego poszanowania się. Skoro ktoś zamówił taksówkę na powiedzmy siedemnastą dziesięć, a ta przyjechała o czasie, to nie może mieć pretensji, gdy od tego momentu zaczyna być naliczana zapłata. Włączanie taksometru później jest nie tyle niczym nieuzasadnionym ukłonem w stronę klienta, a zwyczajnie frajerstwem. Wtedy jednak byłem jeszcze tylko bardzo początkującą złotówą i wielu spraw nie rozumiałem, czy raczej wyobrażałem sobie, że mogę ustalać swoje reguły w tysiące razy przerabianych sprawach. I choć byłem tak szczodry, to mimo rabatu, który z własnej i nieprzymuszonej woli podarowałem mojemu - w dalszym ciągu nieobecnemu klientowi - gdy wreszcie się zjawił, licznik zdążył już nabić blisko piętnaście złotych.
Usiadł z tyłu, spojrzał na taksometr, ale nic nie powiedział. Sprawiał jednak wrażenie, że bardzo go korci. Nie wiedział, że i tak kwota powinna być już wyższa, a ja przecież nie miałem zamiaru mu tego tłumaczyć. Nie przeprosił zresztą za spóźnienie, ale i nie miał za co. Czekanie za pieniądze to w końcu również część, i to ta przyjemniejsza, mojej pracy.
Ruszyliśmy pod wskazany adres, a klient długo się nie odzywał. Niespodziewanie zmienił jednak zdanie i ni stąd, ni z owąd zagadnął, czy mam kredyt. Nie od razu zrozumiałem, jednak niespecjalnie chciało mi się dopytywać, więc zgadując o co może mu chodzić, odpowiedziałem, że nie.
- Zazdroszczę panu - westchnął. - Ja niestety mam ich aż nadto. Dom, działka budowlana pod miastem, samochód. Już te dwa pierwsze wystarczą, żebym miał się o co martwić przez następne - zamyślił się na chwilę - przez następne dwadzieścia sześć lat. Jeszcze tyle - znów ciężko odetchnął. Nic nie powiedziałem, jednak zacząłem mieć przeczucie do czego to zmierza. Niedziela, jedziemy kawałek, już z samej opłaty startowej i  kilometrów musi wyjść ponad pięćdziesiąt złotych, do tego opłata za wcześniejszy postój. Będzie siedemdziesiąt złotych, jak nic. Możliwe, że i więcej. Pewnie na wszelki wypadek już mnie rozmiękcza licząc, że ulituję się nad biedna ofiarą pazerności banków i mocno zaokrąglę w dół cenę kursu. W końcu, jak sam przyznałem, kredytu nie mam. Tak tylko sobie jeżdżę patrząc, jak kasa sama spływa.
Mój brak reakcji najwyraźniej mu nie przeszkadzał, bo kontynuował monolog. - Ludzie patrzą na mój dom, samochód i myślą "Ten to ma forsy jak lodu." A jest przecież dokładnie odwrotnie. Owszem, zarabiam dużo. Razem z żoną mamy miesięcznie ponad piętnaście tysięcy na rękę. Wydawać by się mogło, że na wszystko nas stać. Wie pan, ile nam z tego zostaje?
Nic nie powiedziałem.
- Proszę więc sobie wyobrazić - ciągnął wywód - że po odliczeniu rat kredytów, mediów, paliwa do samochodów, przedszkola córki i zajęć dodatkowych, nawet nie dwa tysiące. Po tysiąc z hakiem na dorosłą głowę! - podniósł głos zrezygnowany.
- A przecież trzeba jeszcze zjeść, ubrać się, czasem gdzieś się wybrać. Pomyśleć o drugim dziecku...- zawiesił głos.
Spojrzałem na niego w lusterku. Był autentycznie smutny. Nie czułem się jednak na siłach, by go pocieszać, a poza tym cały czas w mojej głowie kołatała myśl, że to wszystko coraz bardziej zmierza do zawsze meczących prób zbicia ceny za kurs. Postanowiłem jednak jakoś się odnieść.
– Wiem o co chodzi - powiedziałem. - Ludzie zawsze oceniają po pozorach. Widzą ładny dom i taki sam wóz i od razu wyobrażają sobie, że ich właściciel nie ma co robić z pieniędzmi.
- Właśnie! - ucieszył się z mojego zrozumienia. - Jasne, tak bywa, ale w czasach, gdy ludzie żyją na kredyt, to już rzadkość. Znam całą masę rodzin w identycznej, lub nawet i gorszej, sytuacji.
Ale nic to, nie ma co narzekać. Jak to mówią, chcącemu nie dzieje się krzywda - zaśmiał się raczej ponuro.
Na tym zakończył i dalsza podróż upłynęła nam już bez słowa.
- O, tu, proszę się zatrzymać. To jeszcze kawałek, ale się przejdę - powiedział w pobliżu podanego wcześniej adresu, a moje przeczucia zaczęły przeradzać się w pewność, bo bo skoro nie chce dociągnąć tych kilkuset metrów...
- To ile to będzie? - z czymś na kształt nadziei w glosie zapytał sięgając do portfela. Spojrzałem na taksometr. Pokazywał osiemdziesiąt trzy złote.
- Osiemdziesiąt będzie w porządku - odparłem zły na siebie, że zmiękła mi rura. Zawahał się na moment i podając sto złotych powiedział.
- Reszty nie trzeba. Kredyty kredytami, ale nie można dać się zwariować.

 

siedem przecinek cztery

No, fajne masz to autko. Pokaż jeszcze w środku. Elegancko. Zadbane. Chyba jednak trochę mało miejsca z tyłu dla trzech osób? Mieszczą się? Pewnie tak, ale więksi faceci będą się raczej gnieść. I mogę się założyć, że zawieszenie jest twarde. Pamiętaj, to duży minus. Klient musi mieć wygodnie. Ma mu się miękko wsiadać, wysiadać, jechać. Musi mieć przyjemność z jazdy. Nawet, gdy w ogóle sobie z tego nie zdaje sprawy, nie mówiąc już o docenieniu. Bo w drugą stronę na pewno zauważy. Że klapnął na fotel, bo ten za nisko, że nóg nie może wyprostować i tak dalej. O bałaganie lub smrodzie nawet nie wspominając. To oczywiste, że taryfa musi być czysta. Jak widzę tych łachudrów udających taksówkarzy, bez licencji, z kogutami podpisanymi cipaxi, sraxi czy dupaxi i te ich gówniane osobówki z najniższej półki lub poobijane graty, to mam ochotę walić na oślep po  pustych łbach. Nie dość, że z naszą branżą mają niewiele wspólnego, to jednak właśnie nam psują i tak już fatalną opinie. Jak byśmy sami sobie robili mało kłopotów, to jeszcze to piździelstwo jak zaraza się rozpleniło.
Ale ja nie o tym.
Jak mówię, furę masz fajną, nadaje się na taryfę. Ale…  Bez gwiazdy nie ma jazdy, zapamiętaj to sobie. Mogą gadać co chcą, ale ja zawsze będę jeździł Mercedesami. Pierwszego miałem W201, w połowie lat osiemdziesiątych, jak zaczynałem jeździć na taryfie. Piękny, jasny, w majonezie. Długo mi służył. Zmieniłem go na nowszy, gdy trzasnęło mu milion kilometrów, a robiłem nim pewnie i ponad pięćdziesiąt tysięcy rocznie. Dzień w dzień, po mieście. I nic się nie psuło. No dobra, psuły się różne rzeczy, ale zawsze dało się je łatwo naprawić. Nie będę ci teraz truł, że teraz już nie robi się takich samochodów, jednak to prawda. Zresztą sam wiesz. Producenci żyją z serwisu i nic im nie zrobisz. Te nowe Mercedesy nie umywają się do starszych konstrukcji. Ale co zrobić, nie mogę przecież jeździć zabytkiem. Chciałbym, ale mnie nie stać. Jak odłożę trochę pieniędzy, to na starość kupię sobie W126 500SE w najbogatszej wersji. Z silnikiem V8, pięć litrów pojemności. Monstrum żłopiące paliwo niczym hipopotam wodę. Właduje w to auto całe oszczędności. Będzie wyglądać jak nówka, a ja będę się bujał dla przyjemności. Owszem, z kogutem, ale już żadnych zleceń z centrali i gonitwy pod adres, bo klient czeka. Nic z tych rzeczy. Kulturalnie, spokojnie, od postoju do postoju. Żeby chłopaki widzieli. Nie chcę, żeby byli zawistni. Niech się cieszą razem ze mną i chwalą, że znają tego starego złotówę, co się wozi tym pięknym mesiem. Żeby przychodzili pogadać, wypalić papierosa i cieszyć się chwilą spokoju ze mną. Ja zawsze znajdę dla nich czas, to pewne.
Bo ja lubię ludzi i lubię tę robotę.
Przeklinam ją, szlag mnie trafia, że muszę ciągle uganiać się po mieści, jak jakiś gówniarz - nie obraź się, szczyl jesteś – bo przecież z renty to ja mogę najwyżej rachunki popłacić, ale ogólnie nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego. Gdy zaczynałem niektórzy mówili, że powinienem za uczciwą pracę się wziąć, więcej ambicji mieć. Ale ja już wtedy zachorowałem na Mercedesa. Uwierz, ja naprawdę czułem się, jak ktoś, kto pana Boga za nogo złapała, gdy ten W201 stanął pod domem i nie chciałem niczego innego, jak pokazywać go ludziom. Ja ze wsi jestem, to pewnie stąd… Ale nie żałuję.
Niczego nie żałuję.
Obcy ludzie mnie nie szanują, bo wiadomo, taksiarz, to taki i owaki, psi syn. Jednak chłopaki z postoju: młodzi, starzy, obojętnie, jakiś tam respekt czuję. To się wie. A wiesz czemu? Bo całe życie byłem uczciwy. Pomagałem. Na radiu odpowiadałem z sensem, bez złości. Innych nie obgadywałem. Gdy ktoś zapił, dyżur za niego bez słowa brałem. Pomyliłem trasy, to odliczałem stawkę za nadrobione kilometry. Dobra, nie zawsze. Zdarzyło mi się orżnąć pijanych klientów, nie przeczę. Sumienie jednak spokoju mi nie dawało i później na tacę te pieniądze dawałem. Być może mogłem na jakieś dzieci, ale ja wierzący jestem i to za tak samo ważne uważam. Co niedzielę do kościoła chodzę i z tym też mi jest dobrze. Dlatego przestałem po nocach jeździć, żeby mniej takich pokus było. Zresztą wiem, że i tak już tego nie zrobiłbym. Nie ma o czym gadać.
Ale wracając.
Sprzedaj w cholerę to swoje auto. Dobra, brzydkie nie jest, w automacie, dość wygodne. Nie będę się spierać. Jednak to nie Mercedes i już. Włazisz między wrony, kracz tak jak one.
Wiem, wiem.
Widzę przecież, że teraz wcale już tak nie jest i Mercedes nie jest wyznacznikiem niczego lub przynajmniej nie jest jedynym luksusowym wozem. Jednak ta marka pachnie taksówką. W wyobrażeniach oczywiście i być może nawet tylko już moich. Ale przecież ja ci teraz o sobie opowiadam, a nie o innych. I jasne, jasne. Do niczego cię przecież nie zmuszam i być może nawet i świadomie chcę tobą trochę pomanipulować, tym niemniej fakty są takie, że ja jeżdżę na taryfie trzydzieści lat i nigdy nie zdradziłem tej marki. Z dumą to teraz mówię.
Więcej ci trzeba?


 

Taryfa dzienna, taryfa nocna [PROLOG]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [1]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [2]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [3]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [4]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [5]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [6]

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/przemsza-plynie-do-paryza/



tagi: przemsa  jan przemsa  wydawnictwo przemsa  przemsza płynie do paryża  taryfa dzienna  taryfa nocna  taryfa dzienna taryfa nocna 

przemsa
12 listopada 2017 11:52
8     587    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
przemsa @przemsa
12 listopada 2017 20:55

@parasolnikov
Ktoś do Ciebie ;-)

 

zaloguj się by móc komentować

maria-ciszewska @przemsa
14 listopada 2017 06:24

Kiedy miało się urodzić nasze pierwsze dziecko, mąż zapowiedział, że przyjedzie po nas do szpitała białym mercedesem. I dotrzymał słowa, znalazł taką taryfę. Połowa lat '80.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @maria-ciszewska 14 listopada 2017 06:24
14 listopada 2017 10:51

Takie gesty - niby drobne czy wręcz nieistotne - są wiele warte. Właśnie dlatego, że zawsze się je pamięta.

 

zaloguj się by móc komentować


przemsa @parasolnikov 14 listopada 2017 11:01
14 listopada 2017 20:12

Jako pierwszy komentarz pojawił się jakiś spam i napisałem, że ktoś do Ciebie, tzn. że się prosi o wyrzucenie. 

 

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @przemsa 14 listopada 2017 20:12
14 listopada 2017 20:20

:) no tak, wyrzucam na bierząco bez pytania :)

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @parasolnikov 14 listopada 2017 20:20
14 listopada 2017 20:20

bez czytania miało być :)

zaloguj się by móc komentować

przemsa @parasolnikov 14 listopada 2017 20:20
14 listopada 2017 21:27

> bez czytania miało być :)

W sumie na jedno wycchodzi :-)

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować