-

przemsa

Taryfa dzienna, taryfa nocna [3]

„Jeśli nawet historia ta nie jest prawdziwa, jest ona prawdziwym zmyśleniem.”
Marek Hłasko „Piękni dwudziestoletni”

 


Nocki w sobotę są ciężkie. Miasto imprezuje, a to oznacza chlanie bez umiaru. Nie w każdym przypadku oczywiście, ale w wystarczająco wielu, by żądni zarobku taksiarze z niecierpliwością wyczekiwali tych, którzy są zbyt zmęczeni, by zawracać sobie głowę taryfami adekwatnymi do pory, punktu docelowego i stawką za kilometr. Rzecz jasna tylko niektórzy postępują w ten sposób, tym niemniej faktem jest, że tych nieuczciwych wtedy przybywa. Po prostu sobotnie noce produkują z jednej strony niespotykane w pozostałych dniach tygodnia ilości cwaniaków i niedbających o pieniądze delikwentów z drugiej strony.

Sam jednak niezbyt lubię wtedy pracować. Meczą mnie te wrzaski, bełkot i fetor. Być może mam hopla na punkcie swojej taryfy, ale myśl, że ktoś może puścić pawia na skórzane fotele wywołuje u mnie szczere obrzydzenie. Obawiam się, że mógłbym posunąć się wtedy do zachowań nielicujących z moim pogodnym charakterem. Dlatego też, choć pieniądze wtedy są większe, to na pewno nie można nazwać ich łatwymi i często muszę się zmuszać, by wyjeżdżać do pracy weekendami.

Właśnie w jedną z takich typowych sobót praktycznie nie miałem czasu zatrzymać się na postoju. Wreszcie, już nad ranem, udało mi się trochę odpocząć. W aucie rzecz jasna, ale przynajmniej nie kierując. W zasadzie chciałem już zwijać się do domu, gdy wpadło mi kolejne zlecenie.

Facet mniej więcej w moim wieku.
Jak się okazało z żoną i jej dwoma koleżankami. Wszyscy pijani, ale jeszcze w stopniu umożliwiającym w miarę swobodne komunikowanie. Gdy już zasiedli wygodnie – kobiety z tyłu – i przyjąłem zlecenie, ruszyłem z zamiarem skrętu w prawo, gdyż akurat  tamtędy prowadziła najkrótsza droga do celu. Jednak kierownik wycieczki był innego zdania i stanowczo zażądał bym pojechał prosto. Ponieważ jestem z natury zgodny, a przede wszystkim także w miarę możliwości wierny maksymie mówiącej o kliencie naszym panie, bez ociągania ruszyłem we wskazaną stronę. Poza tym nie miałem przecież nic przeciwko temu, by przy wyższej, jeszcze ciągle nocnej taryfie, zarobić te parę złotych więcej, a te z racji większej odległości do celu musiały wpaść mi w takim razie do kieszeni.
Facet pouczył mnie jeszcze, że mój wybór był tylko pozornie lepszy, ale on zna to miasto na wylot i wie co mówi. Jadąc grzecznie przytaknąłem. Cóż bowiem ja, skromny taryfiarz mogę wiedzieć o takich subtelnościach, jak wybór najkrótszej drogi do celu?
- Proszę się nie gniewać – szepnął poufale. – Ja wiem, że pan sobie myśli, że się wymądrzam, ale to kwestia zaufania.
Nie miałem pojęcia, dlaczego akurat zaufania, ale tylko kiwnąłem tylko mądrze głową. Zachęcony tym gestem pasażer zaczął perorować.
– Jestem dyrektorem w dużej firmie. Si i oł, pisze się ce e o, choć to, bez urazy, pewnie nic panu nie mówi – rozpoczął opowieść wkurzając mnie ździebko, bo pal już licho, ze wiedziałem, co znaczy skrót CEO i kompletnie zwisało mi, co sądzi na temat mojej wiedzy w obszarach wykraczających poza kręceniem kierownicą w lewo i prawo, ale na znak pewnej zażyłości, która w jego błędnym mniemaniu powinna się chyba między nami rozwijać, kończąc wygłaszać tę myśl poklepał mnie po ramieniu. A tego nie znoszę szczerze, od razu się spinam.
Zniosłem to mimo wszystko ze spokojem i choć niechętnie, słuchałem dalej.
– Bycie si i oł wiąże się z pewnym skrzywieniem zawodowym - mówił. - Takim mianowicie, że jestem tyranem. Bezwzględnie narzucam innym swoją żelazną wolę. Niestety, nie tylko w pracy, ale także i w domu. Moja biedna żona – tu odwrócił się w stronę jednej ze sprawiających wrażenie śpiących kobiet – niestety też musi tego doświadczać. Zrób pranie, opróżnij zmywarkę, wyprowadź psa, daj dzieciom jeść i takie tam. Wszystko wygłaszam, ku własnemu ubolewaniu, tym wyniesionym z pracy, bezwzględnym tonem. Teraz już pan rozumie, dlaczego nie mogłem zezwolić na skręt w prawo – melodramatycznie zawieszając głos wbił we mnie puste, choć męczące spojrzenie.
Nie rozumiałem, ale że akurat zatrzymaliśmy się na światłach, odwróciłem się w jego stronę i beskutecznie próbując nawiązać z nim kontakt wzrokowy odparłem, że doskonale rozumiem całą brutalność sytuacji życiowej, w której się znalazł.
Lubię czasem dogadzać w ten sposób klientom. Można to chyba nazwać skrzywieniem zawodowym.
Reszta podróży - choć to zbyt duże słowo w stosunku do kilkokilometrowych kursów, ale często pozwalam sobie na taką emfazę  - nie licząc czkań i dziwnego ni to chrapania, ni to rzężenia jednej z kobiet z tyłu, upłynęła nam w milczeniu.
Pod adresem, gdy już zamknąłem licznik i podałem rachunek, niespodziewanie odezwała się żona bezwzględnego si i oł.
– Pan jechał naokoło – stwierdziła oskarżycielsko. – Na początku miał pan skręcić w prawo – piskliwie podnosząc głos wyartykułowała.
Nic nie powiedziałem, tylko spojrzałem wymownie na jej męża, ale ten, z dziwnie melancholijnym i jeszcze bardziej nieobecnym spojrzeniem, oglądał swoje paznokcie.
Jeżeli jednak liczył, że zniosę tę uwagę w milczeniu, to się pomylił. Wyjaśniłem więc, że takie było żądanie jej szanownego małżonka wyrażone na samym początku i tylko się do niego zastosowałem.
– Bzdura – szybko odparowała. – Wie pan, kim on jest? Wie pan, co znaczy si i oł - przychnęła pogardliwie. - Nigdy, ale to nigdy nie zrobiłby czegoś tak irracjonalnego! Złożę na pana skargę w korporacji! - teraz już krzyczała. - Janek, zapłać panu, ale końcówkę potrąć – to powiedziawszy wyszła trzaskając drzwiami. Jej śladem udała się czkająca koleżanka, która szczęśliwie nie czuła się na siłach, by również mnie strofować.
Spojrzałem wymownie na mojego tyrana.
Podałem mu rachunek podkreślając, że będę wdzięczny za uregulowanie go w całości.
Ze smutną miną wydłubał banknot pięćdziesięciozłotowy, a gdy chciałem wydać resztę, stanowczym gestem  odsunął moją dłoń i wydukał.
- Sorki, kolego, ale nie pozwolę, by ktokolwiek mówił mi, ile mam płacić taksiarzowi!
 

***


- Cholerny Smoleńsk. Znowu o tym cholernym Smoleńsku gadają! Może pan zmienić stacje? Nerwi mnie ta polityka. Lepiej zresztą weź pan to radio całkiem wyłącz. Na Krasińskiego. Co? Siedem. Wjazd od Prusa. Taki jeden raz od Kwiatowej chciał. Za debilkę mnie chyba miał. Pewnie myślał, że miasta nie znam. Hę? Tak, od was, od was. Mówił, że to dokładnie na to samo wychodzi, dwieście metrów różnicy pewnie nawet nie ma. Ale ja tam swoje wiem. Od syna jadę. Prawo jazdy zrobił, ale auta jeszcze nie ma. Kupie mu. A co, mnie nie stać? Te łachudry z męża rodziny czelność maja mówić, ze ja się do nich wżeniłam, bo taka cwaniara byłam na kasę chytra. Do teraz jakieś pieniądze, co niby jego kuzyn na ślub nasz - trzydzieści lat temu! - wyłożył im winni jesteśmy. To znaczy nie, gdzie tam winni, oni wspaniałomyślnie już o tym zapomnieli. Ale ja im dam, oddam, odkładać będę i dam. Żeby te mordy im zamknąć. Jak ja tam mam jechać, to aż mie trzepie. Wiśniaki, ziemniory ino ze słoniną żrą. Panie, co się na tym świecie dzieje. Mnie to nawet się nie chce o tym gadać. Wszyscy tylko się na siebie spode łba patrzą. Nie ma już uprzejmości, życzliwości jakiejś. Jeden drugiego ino by tylko w bambuko chciał zrobić. Trzeba cały czas być czujnym, na wszystko uważać, każdemu na ręce patrzeć. Ufać, ale swoje wiedzieć. Za długo już żyje, żeby mieć jakieś złudzenia. Na przykład pan. Z wyglądu miły i spokojny, ale, pan mi wybaczy, ja zawsze szczera byłam i z prosto z mostu wale, co mi na wątrobie leży, jak to się mówi nie patyczkuje się, wiec pan też musi byle lepsze ziółko. No bo kto uczciwy na taksówkę idzie, jak może porządnie na budowie lub w jakimś markiecie, jak moja synowa pracować i jeszcze po nocy się szlaja? Niech pan tak na mnie tak nie patrzy. Wiem jak jest. Mnie to nawet trudno jest sobie wyobrazić, co to musi się takiemu w głowie kłębić, ze takiej roboty się chyta. No co, ilu pijanych pan oskubał, bo obrzygani nie wiedzieli, co tam im pan wydaje. Ani jednego, panie, pan mnie za idiotkę chyba ma. Jak te wsioki z rodziny męża mojego, co im się zdaje, że rozumy wszystkie zjedli. A może pan agresywny? Bo dalej pan się na mnie jakoś dziwnie patrzy. Zboczeniec jakiś? Liczy, że kobita mu za kurs... Tfu. Niech się pan tu zatrzyma. Już się ten kawałek przejdę. Co? Ile? Czternaście złotych? Dwanaście mi w święto i w nocy pod samą sień wychodziło. Ale niech stracę. Dlaczego drzwi zamknięte? Taaaak. Same się zatrzaskują, jak auto kawałek przejedzie? A ja mam szesnaście lat i kręcone blond loki... Niech się pan nie zbliża! Będę krzyczeć. Otwarte już? Tak. Dobrze. Lepiej po dobroci. Skargę na ciebie złoże, zboczeńcu jeden! Rodzinę męża na ciebie naśle, ty się lepiej tutaj więcej nie pojawiaj!


***


Niech się pan zatrzyma na moment.
Uchyla okno i krzyczy.
- Ej, pan taksówkarz mówi, że jak jeszcze raz tak trzaśniesz mu drzwiami, to ci nie tylko pysk obije, ale jeszcze potrąci! Adres zna, moje pozwolenie właśnie dostał, kapujesz?
Robię wielkie oczy, a facet, który przed chwila wyszedł, kłania mi się przepraszająco, choć zamknął drzwi nad wyraz lekko i elegancko.
- Lubię go tak stresować. To mój pracownik. Dobry chłopak, ale niepotrzebnie tak wszystko do serca sobie bierze.


***


Taryfa dzienna, taryfa nocna [PROLOG]

Taryfa dzienna, taryfa nocna [1]
Taryfa dzienna, taryfa nocna [2]



https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/przemsza-plynie-do-paryza/



tagi: przemsa  jan przemsa  wydawnictwo przemsa  taryfa dzienna  taryfa nocna  taryfa dzienna taryfa nocna 

przemsa
17 października 2017 11:20
9     504    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
chlor @przemsa
17 października 2017 19:00

Niezłe. Dobre dialogi (monologi). W pierwszych kawałkach wyglądały na całkiem zmyślone (ludzie aż tak się nie otwierają). Teraz są prawdziwsze, tylko nieznacznie podrasowane.

Nie wiem jak długo da się to ciągnąc. Kiedyś był polski serial o taksówkarzu. W każdym odcinku wsiadał pasażer i gadał pół godziny. Chyba w końcu autor się poddał, bo pisać co tydzień taki duży kawał tekstu do filmu to nie byle co. Ciekaw jestem co wykombinujesz.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
17 października 2017 19:21

> W pierwszych kawałkach wyglądały na całkiem zmyślone (ludzie aż tak się nie otwierają)

Uznałem, że nie będę zdradzał szczegółów powstania. Są bez większego znaczenia dla treści.

> Nie wiem jak długo da się to ciągnąc.

Nie wiążę z tym wszystkim jakichś specjalnych nadziei. Nie mam też planów ani oczekiwań. Interesuje mnie tylko, by dobrze i z zainteresowaniem się  to czytało.
Poza tym wrzucane kawałki napisałem już dość dawno temu. Jest tego trochę, ale czy będzie więcej nie wiem. Możliwe, że szybko się zniechęcę i odpuszczę.

 

zaloguj się by móc komentować

qwerty @przemsa
17 października 2017 20:49

Ładne i z talentem opowiedziane kontynuuj

zaloguj się by móc komentować

qwerty @przemsa 17 października 2017 19:21
17 października 2017 20:51

Zrobiłem książkę z maili i spodobało się w Twoich opowiadtkach jest to cos

zaloguj się by móc komentować

przemsa @qwerty 17 października 2017 20:51
17 października 2017 20:53

Dzięki, ale nie za bardzo rozumiem, co masz na myśli pisząc o książce z maili.

 

zaloguj się by móc komentować


qwerty @przemsa 17 października 2017 20:53
18 października 2017 07:33

każda forma z treści pisanej nadaje sie na książkę, podałem jako przykład ze swego dzialania;

zaloguj się by móc komentować



zaloguj się by móc komentować