-

przemsa

Taryfa dzienna, taryfa nocna [10]

Nie będę się krygował pytając niby skromnie, a tak naprawdę obłudnie, czy ktoś jeszcze pamięta te opublikowane tu kiedyś kilka taksówkarskich tekstów i po prostu wkleję do nich linki.
Zaraz za nimi kolejna, dziesiąta już odsłona.

Prolog / 1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6 / 7 / 8 / 9 /

 

„Jeśli nawet historia ta nie jest prawdziwa, jest ona prawdziwym zmyśleniem.”
Marek Hłasko „Piękni dwudziestoletni”

 

A mój tata jest taksówkarzem! Bijąca z tych słów nieskrywana duma nie pozostawała wątpliwości, że moja córka po pierwsze bardzo mnie kocha i wierzy, że jestem obiektywnie godny podziwu, a po drugie przypominała, że jest tylko małym dzieckiem dopiero co chodzącym do przedszkola.

Słyszący powyższe wyzwanie dorośli, dotąd skupieni na zawiązywaniu butów swoim pociechom lub wciskaniu im rączek w rękawki zaklinowane szalikami i czapkami, odwrócili zgodnie głowy w naszą stronę i uśmiechali się teraz z zakłopotaniem i raczej nieszczerze. Być może nie mieli dotąd nawet okazji spotkać żadnego przedstawiciela tego fachu szwendającego się gdzieś poza swoim własnym samochodem. Mocno wątpliwe zresztą, by często dane im było jeździć taksówkami. Nie po to kupowali najnowsze modele Mercedesów, BMW i Range Roverów – akurat te trzy auta słały teraz przez przedszkolem – by płacić komuś za podwiezienie. Ewentualnie po jakiejś zakrapianej imprezie, ale i to sporadycznie, bo pełnią przecież odpowiedzialne funkcje w kancelariach, klinikach i korporacjach. Pewnie nawet niejeden z nich ma swojego kierowcę służbowego.

Znałem już ich na tyle, by choć z grubsza orientować się, czym się zajmują.

Im pewnie już wcześniej obiło się o uszy, że jestem taryfiarzem, ale dopiero to wyznanie małej pozwoliło im skonfrontować się z tą wiedzą tak bezpośrednio. Może nie zniesmaczenie, ale brak chęci do wchodzenia ze mną w jakąś głębszą niż ograniczona do „dzień dobry” relację, aż nazbyt wyraźnie malował się na zerkających na nas twarzach.

Chcąc zatem ugruntować obecnych w przekonaniu, że żyjemy w światach oddzielonych barierą ogłady, kultury, wykształcenia oraz oczywiście pieniędzy, głaszcząc małą po głowie powiedziałem wystarczająco głośno, by być dobrze słyszanym, że faktycznie tata jeździ autkiem i płacą mu za to dużo pieniążków, które może wydawać na słodycze, cole i lalki Barbi dla swojej córeczki, a także lakiery do paznokci dla jej mamuni.

Teraz nie mogli mieć już wątpliwości, że jestem nie tylko złotówą, ale i prostakiem faszerującym dziecko śmieciowym żarciem i kupującym mu zabawki dalekie od rozwijających kreatywność klocków i dizajnerskich drewnianych kolejek wykonanych w stu procentach z ekologicznych i nadających się do recyklingu materiałów.  Co więcej, mam i małżonkę na odpowiednio niskim poziomie...

Jednym słowem znów poleciałem.

Z jakichś pokrętnych powodów bawi mnie spełnianie oczekiwań ludzi, których zdanie ani trochę mnie nie obchodzi. Pozornie, bo gdyby rzeczywiście ich opinia nie miała dla mnie znaczenia, siedziałbym cicho i tyle.  Tak, ewidentnie po raz kolejny ujawniły się moje kompleksy i chyba także poczucie wstydu wynikające z faktu, że moje dziecko nigdy nie będzie mogło pochwalić się tatą prawnikiem, przedsiębiorcą lub lekarzem. 

Ale, ale - pocieszałem się w myślach - Nie jest aż tak źle. Trochę przecież już przeżyłem i znam swoją wartość. Nawet, jeżeli obiektywnie, zgodnie z powszechnie obowiązującymi kryteriami, siedzę okrakiem na bardzo niskim szczeblu społecznej drabiny, nie spędza mi to snu z powiek.
W takim razie jednak - kontynuowałem swój monolog - powinienem darować sobie opowiadanie takich bzdur tylko po to, by napawać się czyimś rzeczywistym lub tylko wyimaginowanym obrzydzeniem. Nic w końcu nie wiem o tych ludziach i ocenianie ich teraz przez pryzmat swoich wyobrażeń na temat tego, jak funkcjonują  i szufladkują mnie ci, którzy w życiu zawodowym osiągnęli sukces i poważanie jest zwyczajnie głupie. Niestety, tak już ze mną jest, że nie potrafię wypośrodkować. Zawsze miotam się między skrajnościami. Od świadomego i przesadzonego deprecjonowania się w oczach innych, po nieadekwatną do stanu faktycznego dumę z własnych osiągnięć. 

Wszystkie te myśli przebiegły mi błyskawicznie przez głowę, gdy już kończyłem ubierałem córkę, a jedni rodzice jeszcze guzdrali się ze swoimi dziećmi, a kolejni dopiero je wołali. Żałowałem więc tego kretyńskiego tekstu o cukierkach i lakierze do paznokci i przyrzekłem sobie w duchu, że to już ostatni raz.

Przyrzekłem, ale też wiedziałem, że to niewiele warte zobowiązanie.

Znów, przy kolejnej okazji, wypalę w taki mniej więcej deseń. Dlaczego? Do końca sam nie wiem. Coś mi jednak mówi, że właśnie z powodu takiego podejścia do życia właśnie w tym, a nie innym miejscu się znajduje. Ja się po prostu nie nadaję do życia w społeczeństwie.

Dlatego dobrze, że mam ten swój mały światek w samochodzie, gdzie ludzie wchodzą i wychodzą, a później nic poza ich wątłym zapachem i garścią wspomnień we mnie nie zostaje. Zasługuję na niego i zwyczajnie świetnie tam pasuję.
 

***


– Dlaczego zablokował pan drzwi?
– Zamykają się same po ruszeniu.
– W takim starym aucie?
– Nie jest wcale takie stare.
– Znam się. Robili ten model do 2005.
– Zgadza się. Mój jest z końcówki.
– A więc ma ponad dziesięć lat.
– Dobrze się sprawuje, a nie stać mnie teraz na nowszy.
– Bo drzwi się same blokują.
– Co proszę?
– Trzyma się pan go, bo drzwi się blokują automatycznie. Chyba, że pan kłamie i zamyka je sam. Tego też nie mogę wykluczyć.
– To jakiś żart?
– Mam nadzieję, że żart. Odetchnę z ulgą, gdy okaże się, że tylko stara się pan być zabawny w ten mało śmieszny sposób.
– Mówi pan poważnie? Niby po co miałbym blokować drzwi? No dobra, ok, mógłbym to robić, by klient nie zwiał bez zapłaty. Ale nie, może mi pan wierzyć. Jeżeli pasażer chce uciec bez płacenia, zrobi to. Wystarczy, że wyjdzie pod pretekstem łatwiejszego dostępu do kieszeni lub konieczności wyjęcia portfela z torby w bagażniku.
– Niech pan mnie nie zwodzi bzdurami! Mówię o ubezwłasnowolnianiu. Ktoś uniemożliwiający pasażerowi swobodne opuszczenie wozu może być niezrównoważony.
– Proszę. Drzwi są otwarte. Zatrzymam się na poboczu. Można wysiąść choćby tutaj.
– Świetnie, ale proszę podjechać jednak jeszcze kawałek. O, tam, te dwie przecznicę dalej. Z ulgą wysiądę.

[…]

– Zaraz, nie tak szybko. Wyszło trzynaście czterdzieści.
– Już, tylko wyjdę i wyjmę portfel z kieszeni.

Nie goniłem go. Pieszo mi się nie chciało, a ryzyko związane z jazdą pod prąd jednokierunkową nie było warte tych kilkunastu złotych. Tak się zdobywa doświadczenie zawodowe.



tagi: przemsa  jan przemsa  wydawnictwo przemsa  taryfa dzienna  taryfa nocna  taryfa dzienna taryfa nocna 

przemsa
6 kwietnia 2018 04:47
6     949    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
chlor @przemsa
6 kwietnia 2018 09:33

Kiedy chodziłem do szkoły to taksówkarze byli elitą zarobkową, podobnie marynarze. Syn taksówkarza to był "największy bogacz" w klasie.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @przemsa
6 kwietnia 2018 11:08

Za peerelu, W Krakowie, na (drogiej) Woli Justowskiej była ulica, na której budowali się taksówkarze i (chyba) nikt więcej. 

Pamiętam też taksówkarski dowcip:  Zima jak diabli, długa kolejka na postoju taksówek. Przejeżdża jedna, wolna, wolno, taxiaż przez uchylone okno woła 'kto chce taxi?', na to wszyscy 'ja!', na to taxiaż 'to se kup!'

zaloguj się by móc komentować

przemsa @chlor 6 kwietnia 2018 09:33
6 kwietnia 2018 11:25

Teraz nie tylko nie są zarobkową, ale żadną :) 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @adamo21 6 kwietnia 2018 11:08
6 kwietnia 2018 11:25

Żyją jeszcze tacy taryfiarze, którzy to pamietają i mają poważny problem z przyswojeniem sobie, że jednak już dawno minęło.

 

zaloguj się by móc komentować

Rozalia @przemsa
6 kwietnia 2018 12:30

Tato mojej przyjaciółki był taksówkarzem. Jeszcze wtedy do wyników egzaminów na studia doliczali punkty za pochodzenie. Liczyła na te punkty, bo żeby się dostać na wymarzony wydział na SGGW, zabrakło jej jednego punktu. Niestety tato miał maturę -:) więc nie załapała się na studia dzięki pochodzeniu robotniczemu. Tato był za mądry, opóźnił córce drogę kariery. Na szczęście nie musiała drugi raz zdawać egzaminów, przez rok była w przyuczelnianym OHP-ie.

Darowałam sobie osobiste wspominki, chociaż już przy pierwszym opowiadaniu się uśmiechnęłam. Ale skoro dzisiaj jest przywołana kochająca i dumna córeczka, to i ja sobie pozwolę na wspomnienie jasno różowej sukieneczki z lnu, ozdobionej krajką w szachownice, którą mój tato zawsze chwalił, cmokając: - Taryfa. Pomimo że sukienka była sztywna i w nielubianym kolorze, czego nie zrobi mała córeczka dla kochanego tatusia. "Kto chce być piękny musi cierpieć".

 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Rozalia 6 kwietnia 2018 12:30
6 kwietnia 2018 13:19

> czego nie zrobi mała córeczka dla kochanego tatusia.

I vice versa :-)

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować