-

przemsa

Serwer Berliński

Mieszkanie we wschodnim Przedniemczu, blisko granicy z Germanią Właściwą, ma tę zaletę, że zawsze łatwo i szybko można przedostać się na drugą stronę. Zwłaszcza, gdy tak jak ja jest się urodzonym już po Pierwszej Wojnie Pokoju obywatelem, na dodatek informatykiem. Ludzie mojej profesji już od dawna cieszą się szczególnymi względami. Niezależnie jednak od zaszeregowania zawodowego, przed przekroczeniem granicy wszyscy muszą logować się na serwer Arbajtsamtu[1] i potwierdzać otrzymany urlop. Teoretycznie, bo jeżeli tylko nie oddalają się bezprawnie od miejsca pracy, urzędnicy Kontroli zazwyczaj przymykają oko i odstępstwo od kodeksu kończy się najwyżej na drobnym upomnieniu. W końcu nawet dla pograniczników oczywista jest bzdurność takiego przepisu w czasach szybkiej wymiany danych. Gdy jeszcze żyła moja medsien[2], nierzadko z tego korzystałem.
 

Tym razem jednak jechałem na zaproszenie głównego cybernetyka Guberni, o którym mówiło się, że w niedalekiej przyszłości zostanie może nawet naczelnym Rzeszy, więc poza standardowym zalogowaniem się do Galileo, nie musiałem nawet kiwnąć palcem. Fajnie. Ubrany w najlepszą koszulę z flaneli, dżinsową kurtkę i mocno spiętymi w kucyk, świeżo umytymi włosami, prezentowałem się nad wyraz korzystnie. Nawet pryszcze wydawały się jakieś takie małe. Tak, byłem Very Important Menszem[3] przez tę chwilę.


Granicę na Odrze przekroczyłem podziemnym sznelcugiem[4], zwanym żartobliwie Das Bootem przez co poniektórych. Odprawa trwała dłużej niż sama podróż, bo chociaż formalnie wszystko jest skomputeryzowane, to i tak na końcu zawsze stoi oficer, który - niby wyrywkowo - wybiera podróżnych na rozmowę. Nikt nie powie tego głośno - oficjalnie wszelkie dyskryminacje są zabronione – jednak wiadomo, że słowiańskie rysy twarzy w połączeniu z nazwiskiem typu Żymła gwarantują osobistą kontrolę. Nie tylko mnie, ale chyba wszystkich porządnych mieszkających po drugiej strony Hajmatu[5] obywateli drażni ta podejrzliwość, nic jednak nie można zrobić. Firerinka[6] ma jednak rację nakazując czujność, gdyż nadal spora grupa niedobitków świadoma, że nikt nie zbombarduje rezerwatu, ukrywa się w dolinie Rospudy.


W każdym razie ja nazywam się Johan Pionteck i nie mam się czego obawiać i wstydzić. Wprawdzie urodzony w Kattowitz powinienem być górnikiem, ale moje zdolności matematyczne zostały bardzo szybko zauważone i z ostatniej klasy obowiązkowej szkoły zawodowej, w wieku trzynastu lat zamiast na kopalnie, trafiłem do Fundacji Ulriki Meinhof, gdzie spokojnie się rozwijałem. Wiadomo, że magistrem nie zostanę, ale małą maturę bez problemu zdałem i do teraz mam prawo mieszkać na terenie kampusu i po pracy na stołówce słuchać wybranych wykładów. Niejednokrotnie udowodniłem, że jestem biegły w rachunkach i gdy szybko pojąłem całki złożone i topologię, nie dało się już udawać, że jestem tylko zwykłym nienadludziem. Poczyniono dla mnie wyjątek dając do opracowania coraz bardziej złożone problemy. Nie chwaląc się mogę powiedzieć, że zrobiono mnie nieoficjalnym administratorem uczelnianego systemu, bo matematyka matematyką, ale jednak komputery są moim żywiołem. Musi płynąć w tobie teutońska krew, nawet taki komplement raz od admina pół żartem usłyszałem. Najistotniejsze jednak, że to ja a nie on jadę teraz na spotkanie z głównym cybernetykiem Guberni i wygląda na to, że otwierają się przede mną zupełnie nowe perspektywy.


Jestem już po drugiej stronie granicy. Pomimo mojego - ewidentnie tylko zniemczonego - nazwiska obyło się bez kontroli, bo oczywiście elektroniczny glejt głównego musiał dotrzeć do wszystkich serwerów i formalnie naprawdę byłem VIM-em. Trochę zawiodłem się, że nikt na mnie nie czekał, ale instrukcja nie przewidywała przecież powitania. Miałem wziąć metro na lotnisko i dalej sterowcem wprost do Berlina.


Nigdy nie uczyłem się historii, ale wiem, że chociaż fala uderzeniowa nie dotarła do dawnych zachodnich granic Niemiec, to jednak prowadzone działania wojenne poczyniły i tutaj pewne spustoszenia. Nawet jeśli, trudno to zauważyć na świecących w godzinach pracy pustkami ulicach. Schludne, białe domki, wszystkie idealnie takie same. Równiutki asfalt i sunące po nich bezgłośnie rządowe ÜberWageny. Wszędzie ordnung[7] jednym słowem. Nic, co przypominałoby przedpokojowy zamęt. W swoim, trochę jak na Oktoberfest, stroju zwracałem uwagę, ale wszczepiony nadajnik emitował jasny sygnał, że mam prawo tutaj teraz przebywać i nikt nie interweniował. Nie było jednak sensu wypróbowywać cierpliwości systemów, więc dziarskim krokiem zjechałem do stacji bezobsługowego metra. Tam ściągnięto mi z karty ćwierć miliona marek i mogłem już za chwile wysiąść na lotnisku J.M. Fischera i poczekać na swój sterowiec. Ten oczywiście przybył punktualnie i gdy do niego wsiadłem okazałem się być jedynym pasażerem. Miałem więc spokój i czas na przemyślenia.


Gdybym chciał być złośliwy musiałbym powiedzieć, że ktoś do tego interesu dopłaca i to zdrowo, ale takie teksty są może dobre w Stanach Zjednoczonych Obu Ameryk, ale nie w reszcie świata, gdzie triumf święci socjalizm. To w ogóle ciekawa sprawa z tymi jankesami, że pomimo bankructwa, tak długo się trzymają. Gdyby tylko udało się nam odciąć faszystowski rząd SZOA od Internetu za pomocą którego sączą swój jad na zewnątrz, na pewno mniej naszych chłopców musiałoby na Atlantyku ginąć. Niestety, Internet to sieć rozproszona, a światłowód na dnie oceanu jest strzeżony lepiej niż dawniej Fort Knox i nie oszukujmy się - radiowy dostęp dawno już przestał być ograniczony zasięgiem i łatwy do zagłuszania. W każdym razie ma nad czym Firerinka z Tzaritzą się głowić i jak na razie niewiele się w tej sprawie zmienia. Zresztą, przed sobą przyznać mogę, to że o deficytowości sznelcugów pomyślałem, też mi samo w głowie nie zakiełkowało. Mam nadzieję, że buszując po AOL, Yahoo, a czasem nawet Microsoft-Google, naprawdę bezpieczne serwery proxy[8] wybierałem… Wiem, że to głupota, ale trudno jest poskromić ciekawość.


Rozsiadłem się w miarę wygodnie na twardej ławie i poświęciłem ostatnie pół miliona marek na syntetyczną golonkę ze starannie odbitą pieczątką Uspołecznionych Zakładów Zbiorowego Żywienia Knorra i kubek zwietrzałego piwa Hansa. Nie było warto, ale chciałem coś przegryźć oglądając kronikę filmową. Trójwymiarowy obraz holograficzny pokazywał obwieszonych bronią Amerykanów urządzających polowania na Murzynów. Ich tłuste, bezrefleksyjne gęby szczerzyły się do kamer, gdy wygrażając kijami pluli na czerwoną flagę. W następnej scenie pokazano egzekucję czarnego pioniera, na szczęście przerwaną w momencie, gdy kat włączał podpięte do krzesła zasilanie. Później już tylko dobrze znane standardy. Nudy, mówiąc między nami. Statystyki śmiertelności niemowląt, zgonów z przejedzenia, dziury ozonowej, niszczenia lasów tropikalnych, wyścigu zbrojeń. Tam nic się nie zmienia i aż dziw bierze, że szlag ich jeszcze nie trafił. No ale co zrobić, gdy Brytole z premierem Jeremym Clarksonem na czele, zza muru otaczającego wyspę, złoto im promami kosmicznymi hurtem cięgle wysyłają. Ponoć ten świr twierdzi, że gdyby nie nasze równe autobahny[9], już dawno bez żalu by nas zbombardował... Wszystko to znam z codziennych sensów oraz lektury Gazety i nie robi to już na mnie większego wrażenia. Wolałbym teraz zobaczyć jakiś radziecki film rozrywkowy. Chociażby nawet ten w kółko powtarzany z cyklu o Wani Kompilatorze, co w pamięci całe aplikacje w kodzie maszynowym napisane debuguje[10]. Mogę jednak zapomnieć, bo dzisiaj nie jest wolna niedziela i poza propagandą nic się w telewizji nie nadaje. Zdany na kronikę - prawa do książek zapisanych w moim üPodzie już 10 km od miejsca zameldowania wygasały - nie zważając na kwadrofoniczny dźwięk, mocno zasnąłem.


Obudziło mnie głośne Achtung! Achtung! Pozbierałem się szybko i rozprostowując obolałe od twardej ławy plecy zjechałem nadmuchiwanym kaftanem na gorącą płytę lotnika w Berlinie. Nie zdążyłem się nawet przyjrzeć dobrze okolicy, gdy usłyszałem:

- Her Piontec? - zapytał ktoś grzecznościowo, bo z zamontowanym nadajnikiem miałem to jak wypisane na czole. - Proszę za mną. Resztę podróży odbędzie pan samochodem. Zapakowałem się zgodnie z poleceniem do środka czekającej limuzyny. Czego tam nie było! Nie spodziewałem się aż takiego luksusu, bo chociaż wirtualnie nie raz jechałem prawdziwym ÜW, to rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwanie. Miękka skóra, sączący się z głośników ‘Zmierzch Bogów' Wagnera, zawieszona pod lusterkiem prawdziwa choinka zapachowa Wunder-Baum. To tylko detale, ale właśnie one mnie, znającego głównie konne tramwaje ordynusa, powaliły. Chciałem zapytać, jak się czuje ktoś prowadzący takie cudo, ale kierowca nie był rozmowny i cała droga do Reichstagu upłynęła nam w milczeniu. Mogłem więc kontemplując wagnerowskie bity i zapach wanilii spokojnie zastanawiać się co spowodowało, że zostałem wezwany. Nic mądrego nie przyszło mi do głowy. Ukojony spokojnym buczeniem elektrycznego silnika ponownie tego dnia zasnąłem.


Pod budynek Reichstagu przybyliśmy już o zmroku. Mocno oświetlony punktowymi reflektorami prezentował się naprawdę okazale, a wyświetlane naprzemiennie na jego froncie napisy "Dem Deutschen Volke"[11] i „Arbeit Macht Frei"[12] doskonale obrazowały, jak potężnym a przy tym nowoczesnym są Niemcy narodem.


Wewnątrz panował przyjemny chłód i po rutynowej kontroli wykrywaczem metali, sprawdzeniu odcisków palców rąk, skanowanie siatkówki oraz pobraniem wymazu z gardła i krwi do kontroli, mogłem wreszcie wziąć kartę z numerem pokoju i udać się do windy różańcowej, która leniwie zawiozła mnie do celu. Całe piętro na którym wysiałem wyłożone było miękkim dywanem i pomyślałem, że odbierający mnie, ubrany w ciężkie, wojskowe buty esesman musi czuć się nieswojo tak po nim bezceremonialnie depcząc. Najwyraźniej nikt jednak sobie nic z tego nie robił, bo przechadzający się tam i z powrotem żołnierze ochrony byli identycznie ubrani. Wprowadzono mnie do obszernego gabinetu, którego jedyny wystrój stanowiło potężne, drewniane biurko i dwa fotele. Na jednym z nich, z nogą założoną na nogę siedział znany mi z kronik filmowych człowiek - sam Główny Cybernetyk Guberni - Her Gustaw von Diodeck. Więc to jednak prawda – pomyślałem. Zostałem dostrzeżony.


- Siadajcie towarzyszu Pionteck - zaczął grzecznie. Wiemy o was wszystko. Nie tylko, że bystry z was stachanowiec, co to bez problemu wszystkie poważne języki programowania opanował, ale też polaczek w każdym calu, wścibski nochal wtryniający za fajerłole[13]. - dodał bez ceregieli, a widząc moją zapewne przerażoną minę spokojnym tonem ciągnął monolog - Nie zaprzeczajcie, doskonale wiecie, że kontrolujemy te śmieszne elite proxy[14], w końcu po to żeśmy je stawiali.

Woląc nie oponować, milczałem. Widocznie sam von Diodeck też nie oczekiwał wyjaśnień, bo mówił dalej.

- Nie po to jednak by was aresztować zostaliście wezwani. Odstrzał hackerów chińskim towarzyszom zostawiamy. - zaśmiał się nie tyle nieprzyjemnie, co złośliwie. - Te skośnookie matołectwo tylko do tego i może jeszcze lutowania scalaków się nadaje.

Ale do rzeczy. - rzekł zmieniając ton na mniej familiarny. - Sprawa jest bardzo poważna, domyślacie się może o co chodzi?

Poczułem, że jestem cały czerwony i ledwo potrafiłem coś z siebie wykrztusić. Myślałem o tych nieszczęsnych proxy, że trzy czwarte mojego kampusu ma przewalone. Wiedziałem jednak, że dla własnego dobra lepiej zrobię, jak szybko się pozbieram i wydukam coś sensownego, bo groźba nie była przecież specjalnie zawoalowana.

- Sprawa dotyczy protokołu TCP/IP[15]? - wykrztusiłem wreszcie z siebie.

- Co? - aż uniósł się w fotelu, tak był zdziwiony - Skąd o tym wiecie, gadajcie zaraz!

Poczułem lekką ulgę i już spokojniej powiedziałem:

- Przebywając w środowisku akademickim nie da się o tym nie słyszeć. Wiadomo też od dawna, że ten imperialistyczny wynalazek, pomimo przegranej przez nich wojny, nadal jest podstawą komunikacji w Internecie i my też jesteśmy na niego skazani. Bo chociaż minęło już prawie pięćdziesiąt lat od czasu gdy wprowadził go Amerykański Departament Obrony, nie udało się wymyślić nic równie prostego i sprawdzonego. Nie są to informacje tajne, a przynajmniej dla ludzi jak ja obracających się w światku naukowym. - postanowiłem na wszelki wypadek się zaasekurować.

- Słucham, słucham. Przerwał mi trochę ironicznie. Widzę, że faktycznie warto było was z tych biedaszybów wyciągnąć. Ale mówcie dalej.

- Problemem jest więc to, że mając tak ujednolicony system komunikacji, jesteśmy bardzo ograniczeni w kontroli wrogiej propagandy, którą Stany Zjednoczone Obu Ameryk rozpowszechniają za pośrednictwem Internetu. Rozwiązanie byłoby odcięcie im połączenia z Eurofrykazją, ale to bardzo trudne i pewnie niemożliwe nie tylko z technicznych, ale też politycznych względów, których nawet nie chcę się domyślać. Sensownym więc byłoby opracowanie nowego protokołu transmisji, który odseparowałby cały postępowy świat od imperialistów. Wiem, że takie kroki są już czynione. Sam uczestniczyłem za zgodą komsomołu w kilku eksperymentach.

- I do jakich doszliście wniosków? - zapytał nie kryjąc ironii.

- Że to trudne, ale wykonalne. Konieczna jednak byłaby zmiana całej infrastruktury sieciowej. Każdego serwera i komputera z osobna. - zgodnie z prawdą odpowiedziałem.

Gdy skończyłem, Von Diodeck przepatrywał mi się chwilę, wstał z fotela i podszedł do ściany, której mała część wyświetliła holograficzny obraz ślicznej pionierki w brunatnym mundurku.

- Wszystko sztymt[16] towarzyszu - powiedziała - Nie ma niczego, czego byśmy o nim nie wiedzieli. Jego biologiczni rodzice bez wątpienia zginęli, nie ma też nikogo bliskiego. Nawet przyjaciela. Typowy nerd a raczej geek, jak mawiają Amerykanie. Ehm, przepraszam. Stan jego zdrowia wskazuje, że dożyje przynajmniej trzydziestki, co biorąc pod uwagę miejsce urodzenia i tak jest sporym zaskoczeniem. Można więc spokojnie i bez obaw nadać mu prawa dostępu nawet do dokumentów z klauzulą „Ściśle tajne". Jeżeli towarzysz życzy sobie więcej...

- Wystarczy, dziękuję. - Przerwał zrywając połączenie. - Słyszeliście wszystko mam nadzieję - powiedział siadając z powrotem w fotelu. Nie przejmujcie się tą gadką o zdrowiu. Nawet uspołeczniona medycyna czyni jakieś postępy. He, he. Ehm. Macie szansę przysłużyć się socjalistycznej ojczyźnie!

- Oczywiście towarzyszu - przytaknąłem, bo naprawdę mało mnie to interesowało szczególnie, że robiąc w kopalni już dawno by mnie nie było - Jakie macie dla mnie zadanie?

- Zapomnijcie te wszystkie bzdury o poszukiwaniach alternatywnego dla TCP/IP protokołu...

- Co? - wyrwało mi się samoczynnie, bo czegoś takiego w ogóle się nie spodziewałem. Myślałem, że...

Tym razem przewał von Diodeck.

- Nie myślcie teraz, tylko słuchajcie Pionteck. Dobrze kombinujecie. Świadczy to pośrednio o tym, że prawidłowo działa nasza propaganda i jest nadzieja, że Amerykanie również za prawdę przyjmują te bzdury o nowym TCP/IP. Oczywiście, początkowo był taki pomysł, ale jak sami zauważyliście, jest to niezmiernie kłopotliwe technicznie i kosztowne. Badania w tym kierunku prowadzimy nadal tylko po to, by uśpić czujność imperialistów. Od dawna jednak wiemy, że nie tędy droga i w ten sposób się od nich nie odetniemy.

- W takim razie nie rozumiem - powiedziałem szczerze - Nie wzywaliście mnie przecież aż do Berlina tylko po to, by mi o tym powiedzieć.

- Słuchajcie do końca - nawet nie był specjalnie zniecierpliwiony. Nasza nowa koncepcja związana jest z postawieniem centralnego serwera przez który przechodzić będzie cały ruch w ramach Eurofrykazji. Każdy połączenie, czy to z Königshütte[17] do Deutsch Krone[18], czy z jakiegoś gównianego Chottschewke[19] do samego Putingradu, będzie musiało przejść przez centralny serwer!

- Ale przecież to jest sprzeczne z samą koncepcją Internetu. To przecież sieć rozproszona. - wyrwało mi się dość obcesowo, czego von Diodeck nie dostrzegł, albo po prostu zignorował. Spokojnie bowiem kontynuował.

- Zgadza się. Najwyższy czas skończyć już z tym kosztownym i trudnym do kontrolowania rozpasaniem. Nasze służby nadzoru są bardzo sprawne i dobrze wyszkolone, ale to bardzo absorbujące, gdy ma się pod kontrolą tysiące serwerów dostępowych i na dodatek Jankesi co chwile stawiają nowe. Doszliśmy do wniosku, że jeden, potężny serwer będący punktem centralnym sieci Eurofrykazu, bardzo ułatwiłby nam nadzór i w sposób znaczący uniemożliwił wrogom przemycanie wrogiej propagandy. To nie wymaga aż tak wielkich nakładów, by wdrożyć gigantyczną topologię gwiazdy. Do tego właśnie jesteście mi potrzebni.

- No dobrze, ale przecież jakikolwiek problem z takim serwerem spowoduje, że wszystko przestanie działać. Nie można przecież nigdy wykluczyć awarii, to niemożliwe.

- Widzę, że wątpicie w informatyczny geniusz rasy panów... Chcecie powiedzieć, że nasi informatycy nie potrafią należycie zabezpieczyć serwera? To chcieliście powiedzieć? - teraz już naprawdę sprawiał wrażenie podrażnionego.

- Nie, oczywiście, że nie. Tylko po prostu nie ogarnąłem jeszcze całkiem ogromu tego przedsięwzięcia. Przepraszam, że wyraziłem zwątpienie, ja... - znów zacząłem się panicznie trząść.

- Wystarczy - przerwał mi obcesowo. - Sprawa jest postanowiona i razem z grupą osiemdziesięciu siedmiu informatyków będziecie od zaraz rozwijać tę koncepcję. Ten serwer, będzie nowym Murem Berlińskim, dziełem geniuszu białej rasy oddzielającym nas od zgnilizny dzikiego zachodu. Tak jak ten zburzony w 1989 roku, będzie równie wielki i niewzruszony stał dzieląc świat na lepszy i gorszy. Zniknie, gdy ostatni Amerykanin przyczołga się do nas błagając o litość, gdy czerwona rewolucja zmiażdży swych wrogów! Czy rozumiecie, w jak wielkim projekcie macie szanse uczestniczyć? Wy, mały polaczek! - Teraz już naprawdę krzyczał - R-o-z-u-m-i-e-c-i-e!?

- Tak - tylko na tyle się zdobyłem, bo czułem głównie strach. Udzielił mi się trochę jego entuzjazm, ale pytania przychodzące mi do głowy nie pozwalały w pełni pojąć tej koncepcji. Wydawała mi się bzdurna i technicznie niewykonalna mówiąc szczerze. Na wszelki jednak wypadek szybko odpowiedziałem:

- Tak towarzyszu, to dla mnie wielki zaszczyt i wyróżnienie.

- To dobrze, że to pojęliście - uśmiechnął się życzliwie. - Jesteście zdolnym informatykiem i jeżeli faktycznie oddacie się całkowicie tej idei, to nie tylko będziecie żyć w luksusie ponadprzydziałowych kartek na alkohol i jedzenie, wolnych niedziel i służbowego ÜW, to może nawet zrobimy wyjątek i dostaniecie zgodę na rozmnażanie. Widzicie, przed jaką szansą stajecie Pionteck, synu górnika i sprzątaczki? - kontynuował. Czy w kapitalizmie ktokolwiek pomyślałby o was?

Wzruszenie odebrało mi mowę. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc tylko gapiłem się na niego z rozdziawionymi ustami i drżałem z przejęcia na całym ciele. Byłem właśnie w takim stanie, gdy dotarły do mnie jego ostatnie słowa:

- A teraz już idźcie, zgłoście się w poniedziałek. Na dole czeka już na wszczepienie wasz nowy dokument tożsamości.

- Jak to, nowy? - nie rozumiałem.

- Tak, tak. Nowy. Her Freitag[20]! - podkreślił mocno - Auf wiedersehen!

Nie wytrzymałem i wlokąc się do drzwi ze szczęścia jak dziecko się rozpłakałem.


                                                                                                                                                                          Jan Przemsa


Opowiadanie Serwer Beriński zostało opublikowane w Szkole Nawigatorów nr 7.

 

 

[1] das Arbeitsamt – Urząd Pracy

[2] das Mädchen - dziewczyna

[3] die Menschen - człowiek

[4] die Schnellzüge – pociąg pośpieszny

[5] die Heimat - Ojczyzna

[6] Die Führerin - przywódczyni

[7] die Ordnung - porządek

[8] serwer proxy – tutaj: serwer pośredniczący w nawiązywaniu połączenia z Internetem

[9] Die Autobahn - autostrada

[10] debugować – usuwać błędy w kodzie programu

[11] Dem Deutschen Volke  - Ludowi niemieckiemu. Inskrypcja na szczycie Reichstagu.

[12] Praca czyni wolnym

[13] Fajerłole – firewall: ochrona systemu informatycznego.

[14] Elite proxy – serwer pośredniczący w połączeniu z Internetem, w założeniu pozwalający zachować anonimowość

[15] Protokół będący podstawą struktury Internetu

[16] stimmen – zgadzać się, pasować

[17] Königshütte - Chorzów

[18] Deutsch Krone - Wałcz

[19] Chottschewke - Choczewko

[20] der Freitag – piątek. Tutaj: nazwisko brzmiące, jak polskie słowo piątek, zmienione na niemieckie Freitag.



tagi: jan przemsa  serwer berliński  sf  opowiadanie sf 

przemsa
23 czerwca 2017 09:36
16     677    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
pink-panther @przemsa
23 czerwca 2017 11:56

Uwielbiam takie kawałki:))) Przydałby się tom II o tym, jak się ten jeden główny serwer roz...cza w proch i pył. Osobiście sądzę, że tam się szykuje scenario "kalifat berliński".

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @przemsa
23 czerwca 2017 12:15

Szykuje się, ale skończy się jak zwykle- pogromami. Nowy Houellebecq nam rośnie

zaloguj się by móc komentować

przemsa @pink-panther 23 czerwca 2017 11:56
23 czerwca 2017 12:21

> Uwielbiam takie kawałki:)))

Dziękuję bardzo.


> Przydałby się tom II o tym, jak się ten jeden główny serwer roz...cza w proch
> i pył. Osobiście sądzę, że tam się szykuje scenario "kalifat berliński".

Pomyślę, ale najpierw - w przyszłym tygodniu - będzie inny, tekst sf.

 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Grzeralts 23 czerwca 2017 12:15
23 czerwca 2017 12:21

> Nowy Houellebecq nam rośnie

Właśnie. Warto coś przeczytać tego gościa?

 

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @przemsa 23 czerwca 2017 12:21
23 czerwca 2017 12:30

W sumie, chyba nie. Uległości nie zmogłem.

To taki żarcik był. Zawoalowana pochwała.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Grzeralts 23 czerwca 2017 12:30
23 czerwca 2017 12:34

> W sumie, chyba nie. Uległości nie zmogłem.

Ja coś próbowałem. O jakimś facecie na samotnej wycieczce gdzieś tam. Szybko odpadłem.

> To taki żarcik był. Zawoalowana pochwała.

Aha :) Dziękuję.

 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @przemsa
23 czerwca 2017 23:09

Dajcie spokój z tym Hullabekiem. Może i dobry ale nie mamy czasu na literaturę wyższą rasową. Wyrósł już nam Przemsa i super. 

Fajnie się czyta. Kilka szlifów by się przydało, ale to drobiazgi, np w tym zdaniu czegoś brakuje: "W swoim, trochę jak na Oktoberfest, stroju zwracałem uwagę," 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Magazynier 23 czerwca 2017 23:09
24 czerwca 2017 07:23

> Fajnie się czyta. Kilka szlifów by się przydało, ale to drobiazgi, np
> w tym zdaniu czegoś brakuje: "W swoim, trochę jak na Oktoberfest,
> stroju zwracałem uwagę," 

Napisałem ten tekst dawno temu i czytając go wczoraj, kusiło mnie, by parę rzeczy mocno poprawić, ale machnąłem ręką. W końcu autorem jest prosty chłopak bez wykształcenia :)
 

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @przemsa 24 czerwca 2017 07:23
24 czerwca 2017 12:31

Ale w tym zdaniu trzeba jednak wstawić ten przymiotnik. Chłopak bez wykształcenia też by wstawił.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Magazynier 24 czerwca 2017 12:31
24 czerwca 2017 12:46

> Ale w tym zdaniu trzeba jednak wstawić ten przymiotnik.
> Chłopak bez wykształcenia też by wstawił.

 

"W swoim, trochę jak na Oktoberfest, stroju zwracałem uwagę,  ale wszczepiony nadajnik emitował jasny sygnał, że mam prawo tutaj teraz przebywać i nikt nie interweniował."

Nie zgodzę się. "W swoim, trochę jak na Oktoberfest, stroju zwracałem uwagę"
Na końcu mogłaby być kropka.
Przycież nie chodzi o to, że on zwracał na coś uwagę, ale że zwracał uwagę na siebie.
Cum bajszpisz: Byłem pijany i zataczając się zwracałem uwagę przechodniów. 
Chyba, że tak się nie mówi i to jest błąd językowy, którego nie widzę. Nie wykluczam...
 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
24 czerwca 2017 12:46

> Cum bajszpisz
 

bajszpil, jak już :)

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @przemsa 24 czerwca 2017 12:46
24 czerwca 2017 15:23

"W swoim, trochę zbyt wyletnionym, jak na Oktoberfest, stroju zwracałem uwagę"

O to mi się rozchodziło. 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
24 czerwca 2017 15:39

> "W swoim, trochę zbyt wyletnionym, jak na Oktoberfest, stroju zwracałem uwagę"
> O to mi się rozchodziło. 

Rozumiem, ale i bez "trochę zbyt wyletnionym", to zdanie ma sens. Pisząc o stroju trochę jak na oktoberfest mam na myśli to, że jest mało elegancki. Takie mam skojarzenia. Ale mniejsza z tym. Rozumiem o co Ci chodzi. Faktycznie może mało zręcznie zostało to napisane.

 

 

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @przemsa 24 czerwca 2017 15:39
24 czerwca 2017 23:12

Czepia się;) ja zrozumiałem. Dodanie przymiotnika zmieniło by sens. Chyba, że imiesłów. 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
25 czerwca 2017 06:52

> Czepia się;)

Sam się w komentarzach czepiam, więc dobrze wiem, że komentatorzy są właśnie od czepiania się. Więc się nie czepiaj, ok? ;-)

 

 

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @przemsa 25 czerwca 2017 06:52
25 czerwca 2017 07:22

OK :) aczkolwiek Czepiaka mamy na forum, to możemy się czuć zwolnieni ;)

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować