-

przemsa

Przemsza płynie do Paryża – fragmenty

Jestem wydawcą książki Moniki Paris pt. „Przemsza płynie do Paryża”. W przyszłym tygodniu chciałbym przedstawić tu krótko kulisy wydania tego dziennika podróży kajakiem z miejsca gdzie Biała Przemsza łączy się z Czarną aż po Sekwanę. Nim jednak się za to zabiorę, poniżej zamieszczam fragmenty tej relacji. Pozwolą one choć trochę przybliżyć zainteresowanym na czym całe to – naprawdę niebagatelne - przedsięwzięcie polegało.

Przemsza płynie do Paryża
 

Na początek nota „od wydawcy”, dalej już sam dziennik.

Wydawnictwo Przemsa debiutuje na rynku książką Moni­ki Paris Przemsza płynie do Paryża.
Zarówno wydawca, jak i autorka oraz jej mąż, który nota bene jest pierwszorzędnym bohaterem tej wyprawy, wie­rzą, że przedstawiony tu dziennik podróży małżeństwa Parisów do (jak można wnosić z ich nazwiska nieprzypadko­wo właśnie tego miasta) Paryża, czyta się z przyjemnością i zainteresowaniem.
Jest to opowieść pozbawiona zbędnych ozdobników, ale za to napisana szczerze i od serca przez kobietę bez której trudno byłoby w ogóle myśleć o powodzeniu tego nie­codziennego przedsięwzięcia. Zapewne właśnie dzięki temu tak absorbuje i przykuwa uwagę. Bo choć nie ma tu głośnych fajerwerków, nagłych zwrotów akcji i mrożących krew w żyłach zmagań z jakimiś niewyobrażalnymi prze­ciwnościami, jest za to wiele ciepła, determinacji, odwagi w dążeniu do celu oraz zwyczajnie prawdy. A czyż nie są to właśnie te wartości, o które we wszystkim co robimy powinno chodzić?


***
Co należy zabrać ze sobą planując sześciotygodniową po­dróż pneumatycznym kajakiem?
Najwięcej miejsca zajmuje namiot, śpiwory dla dwóch osób, dwa wodoodporne, sześćdziesięciolitrowe worki (jeden na ubrania, drugi na jedzenie, środki czystości i lekarstwa), czterdziestolitrowy wór na elektronikę oraz narzędzia, a do tego trzy kanistry na paliwo, mała butla gazowa z wkładami na wymianę, pompka, zapas wody, bosak, czerpak i jeszcze trochę pomniejszych, ale ważnych drobiazgów. No i święta Barbara w specjalnej, plastikowej tubie...

Po zapakowaniu tego wszystkiego ledwo wystarcza miej­sca dla nas. Z przodu zamocowany jest przecież jeszcze składany żagiel, a z tyłu aluminiowa konstrukcja podtrzy­mująca silnik...

Siedzimy oparci o bagaże na poduszkach przeciwodleży­nowych. Po wcześniejszej wyprawie do Gdańska nic nas tak nie bolało jak pośladki. W pozycji siedzącej spędzimy codziennie kilkanaście godzin, więc każde, dające choć namiastkę komfortu udogodnienie, staje się luksusem bez którego nie sposób się obyć.
I jeszcze najważniejsze: Oprócz wspomnianego ekwipunku należy bezwzględnie wziąć ze sobą wielki zapas nadziei na szczęśliwy finał, wia­ry w Boską Opatrzność oraz w siebie nawzajem. Przyda się również optymizm zmieszany z odrobiną szaleństwa; względnie zdrowy rozsądek idący w parze z pokorą wo­bec sił natury.

Będąc tak doposażonym, można już śmiało zacząć mie­rzyć się z na pewno największą w całym naszym dotych­czasowym życiu przygodą.

O 5.00 już jesteśmy na wodzie i od razu śluzowanie. To nie będzie wycieczka krajoznawcza ze zwiedzaniem, tylko cią­gły wyścig z czasem. Mamy do dyspozycji sześć tygodni, a chcąc pokonać dystans dwa tysiące pięćset kilometrów, codziennie musimy przepłynąć mniej więcej sześćdziesiąt kilometrów.

Wydaje się, że wspomagając się silnikiem nie jest to wca­le tak dużo, ale naprawdę sporo czasu zabiorą nam śluzy. W Polsce – na odcinku około tysiąca kilometrów – mamy ich do pokonania tylko dwadzieścia dziewięć, ale w innych krajach drogi wodne są znacznie bardziej rozbudowane i co za tym idzie ich zagęszczenie jest spore. Dlatego też „u siebie” nastawiamy się na maksymalne wykorzystanie długich letnich dni, żeby mieć zapas czasu na ewentualne problemy za granicą. W południe, po odhaczeniu trzech kolejnych śluz, jeste­śmy już w Krakowie. Dzisiaj nawet to piękne miasto nie prezentuje się dobrze w zacinającym deszczu. Coś nas po­goda nie rozpieszcza jak na razie...

/dzień 2. 21 czerwca 2015 – fragment/

 

O świcie po cichutku wypływamy z przystani. Na kanale nie mamy jeszcze towarzystwa, może barki ruszają tro­chę później. Krajobraz jest dość monotonny, daleko przed nami tylko woda i woda, na brzegach las. Gdzieniegdzie most i tak przez cały czas. Gdyby nie zmieniające się cy­ferki na tabliczkach z oznaczeniem kilometrażu, można by odnieść wrażenie, że stoimy w miejscu.

Przy śluzie Lehnitz trzeba skorzystać z interkomu by się zameldować. Wszystko w porządku, tylko czas oczekiwa­nia na otwarcie to aż trzydzieści pięć minut. Ruch jest wa­hadłowy, a z tamtej strony śluzowanie się dopiero zaczyna. Do tego zawsze pierwszeństwo mają jednostki zawodo­we. Reszta, gdy się zmieści.
Można pomyśleć, że takie kanały z pływającymi barkami i łodziami to brudne zaśmiecone ścieki, a tu wręcz odwrot­nie. Czekając na otwarcie śluzy podpatrujemy pływającego bobra, ryby w przejrzystej wodzie i kaczki pływające blisko, przyzwyczajone do widoku ludzi. Ekolodzy tak zażarcie występujący u nas w kraju przeciwko żegludze śródlądo­wej mogliby zobaczyć, jak ludzie i zwierzęta potrafią razem funkcjonować nie przeszkadzając sobie nawzajem.

Dalej widać jeszcze bardziej, jak kanał wykorzystuje się w każdy możliwy sposób. Turystyka wodna jest bardzo rozwinięta. Pływa się tu na wszystkim, na czym da się pły­wać. Od kajaków począwszy do nowoczesnych łodzi za grube tysiące euro. I jak to zwykle bywa, im więcej warta łódź, tym bardziej zapatrzony w siebie właściciel. Pół bie­dy, gdy tylko nie odpowie na pozdrowienie. Gorzej, jeżeli mija nas na pełnym gazie, a tacy bez wyobraźni niestety również się zdarzają.

Jest piątek, więc każdy, kto tylko ma na czym pływać, wy­rusza gdzieś w drogę. W towarzystwie pięciu łodzi spor­towych pokonujemy śluzę Schönwalde otwierającą drogę na Havel-Kanal.

Odcinki z porośniętymi lasem brzegami przeplatają się z nabrzeżami różnego rodzaju zakładów przetwórczych i firm, które korzystają z transportu wodnego. Barką moż­na przewieźć chyba wszystko i to w sposób dużo bez­pieczniejszy i bardziej ekonomiczny niż przy wykorzysta­niu transportu drogowego.

Zbliżamy się do jeziora Trebelsee, które jest dość rozległe. Dobrze, że są oznaczenia w postaci pływających bojek, które wyznaczają drogę. Niestety to chyba ulubione miej­sce amatorów szaleństw na wodzie. Skutery, motorówki i łodzie pływają na pełnym gazie, tworząc trudne do opa­nowania przez nas fale. Na standardowym kajaku parę wywrotek byłoby zaliczonych. Na szczęście Batory „trzyma się” dobrze wody, tylko my jesteśmy już cali mokrzy i zmę­czeni. Spory w ty udział tych, którzy nie chcą zwracać uwa­gi na mniejsze jednostki pływające po wodzie.

Mała marina na czterdziestym drugim kilometrze to jakby inny świat, niż ten na jeziorze. Cicho, spokojnie a bosman życzliwy i taki… swojski. Możemy rozbić namiot, umyć się i odpocząć. Zaproszono nas nawet na kolację i mimo spo­rej bariery językowej spędzamy bardzo miły wieczór.

Syn bosmana płynie jutro w tym co i my kierunku i obie­cuje nas trochę podholować. Chyba wypił o jedno piwo za dużo, ale umawiamy się na piątą rano. Okaże się jutro, czy będzie pamiętał o swojej propozycji.
                                                                                                                                                                                                         /dzień 14. 03 lipca 2015 – fragment/

 

Kierując się na Kanał Alberta musimy pokonać dwie śluzy, ale jak na razie w Belgii nie ma z tym żadnego problemu. Większe jednostki są zobowiązane wykupić winietę na drogi wodne, ale Batory jest za mały i nas to nie dotyczy. Bez obowiązku meldowania, szybko i z miłą obsługą – to belgijskie podejście do użytkowników dróg wodnych.

Szeroki i rozbujany Kanał Alberta to trudny odcinek. Nie jest tak szeroki jak Ren, ale ruch barek jest bardzo duży. Rozpędzone załadowane jednostki wytwarzają fale, któ­rych nie tłumią brzegi z blachy. Trudno utrzymać kontro­lę nad Batorym, kiedy fala za falą rozbija się o jego niskie burty.

Przemoczeni i zmarznięci ostatkiem sił skręcamy do małej przystani marząc o suchym kącie. Nie ma tu oczywiście pokoju, ale ciepły prysznic pozwoli się chociaż rozgrzać.

Po dokładnych oględzinach obiektów sanitarnych kiełkuje szalony trochę pomysł – duże i ciepłe pomieszczenie sa­nitarne dla inwalidów to szansa na nocleg pod dachem...

Dla niepoznaki namiot rozbijamy przy Batorym i po szyb­kim obiedzie w strugach deszczu przenosimy potrzebne rzeczy do „pokoju”. Może dla niektórych to niesmaczne, ale kiedy cały dzień marznie się w nieustannym deszczu, to spanie w mokrym i zimnym namiocie jest ostatnią rzeczą, której chce się doświadczyć wieczorem.

Przemoknięte ubrania schną na grzejniku a my na umytej własnoręcznie podłodze, leżąc w śpiworach odczuwamy nareszcie CIEPŁO!!

Jutro decydujący dzień. Czy Batory podoła pod prąd dużej rzeki i popłyniemy dalej?

                                                                                                                                                                                                        /dzień 24. 13 lipca 2015 – fragment/


Od wydawcy – w uzupełnieniu

Książka „Przemsza płynie do Paryża” została bardzo ładnie wydana. Na kredowym papierze, z kolorowymi fotografiami, oprawą graficzną i okładką przygotowaną przez profesjonalnego grafika. Jednym słowem starałem się nie szukać oszczędności tam, gdzie odbiłoby się to na jakości. Pomijając już oczywiste względy związane z szeroko rozumianym z szacunkiem dla czytelnika, bez spełnienia tego warunku Gabriel nie zgodziłby się przecież tej pozycji sprzedawać…

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/przemsza-plynie-do-paryza/

 

PS Od dziś do niedzieli biegam po górach. Tak więc na ewentualne komentarze raczej ciężko będzie mi odpowiadać.

 

Jan Przemsa



tagi: przemsa  wydawnictwo przemsa  monika paris  przemsza płynie do paryża 

przemsa
29 czerwca 2017 06:09
10     484    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
bolek @przemsa
29 czerwca 2017 10:40

Zapowiada się bardzo ciekawie :)

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @przemsa
29 czerwca 2017 16:47

Mojemu tacie, stryjowi i ciociom, spodoba się. Kupiłem na prezent jedną. Trzeba będzie zarobić ne pozostałe. 

zaloguj się by móc komentować

Paris @przemsa
29 czerwca 2017 19:02

Juz wiedzialam, ze kupie te ksiazke jak tylko Pan Gabriel ja zaanonsowal na blogu !!!

Fragmenty z dzienniczka podrozy czytalo mi sie fantastycznie... sama podroz fascynujaca... no i ta odwaga polaczona z odrobina szalenstwa... po prostu mnie zatkalo !!!

Coz... pozostaje mi tylko ja kupic za 3 miesiace jak wroce do Polski... no i miec nadzieje, ze moze uda mi sie pozyskac dedykacje... Od  Moniki Paris dla Paris.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @bolek 29 czerwca 2017 10:40
29 czerwca 2017 19:09

Przyjemnie się czyta. Naprawdę. 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Magazynier 29 czerwca 2017 16:47
29 czerwca 2017 19:10

Miło słyszeć, że się podobało. 

 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Paris 29 czerwca 2017 19:02
29 czerwca 2017 19:12

Miło słyszeć, że się podobało. 

Proszę dać znać przed zakupem, najlepiej u Gabriela, a prześlę Pani egzemplarz z dedykacją. 

zaloguj się by móc komentować

Paris @przemsa 29 czerwca 2017 19:12
29 czerwca 2017 19:21

Baaardzo mi sie podobalo...

... troszke dane mi bylo poplywac tymi roznymi rzeczkami, kanalami i innymi traktami wodnymi przez te rozne zapory, sluzy w Bretanii - oczywiscie jako turystka... wrazenia super... stad moja "lekka orientacja" w temacie...

... zalatwione, dam znac. 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
29 czerwca 2017 19:48

Tym bardziej książka powinna się Pani podobać. 

zaloguj się by móc komentować

AUU @przemsa
30 czerwca 2017 10:59

Fantastyczne !

Od  lat   mam  podobny pomysl,  ale  po przeciwnym  koncu spektrum.   Mianowicie chce  podobniew  podrozowac, ale  nie  kajakiem, ale  wygodnym  jachtem  motorowym. Nie  ma  zalet  kajaka (rozmiar, koszt), ale  jest wygodny.   Usuwa  jedne  klopoty, ale tworzy nowe.  Chcialem  cos  kupic,  ale  nic  nie spelnia moich wymagan.   Pastikowa, masowa  produkcja  rodem  z  technologii wanny  laminatowej,   zrujnowala  inzynierie  nautyczna. Wiec  skonstruowalem  jacht - 13 m  dlugosci,  3.5 m  szerokosci.    Pierwszy problem to  sytuacja w Posce,  gdzie  dalej  wiele rzeczy zalatwie sie z trudem  (choc  tanio  w  porownaniu). Zrujnowana jest infrastruktura wodna,  i  nie wiem  czy bede  mogl  przeplynac w Warszawy  do  Niemiec.  Zanurzenie  mam  60 cm,  a  wypornosc 5 ton.

Dalej  ludzie - kazdy madrzejszy od  konstruktora. Ja - konstruktor, inwestor, klient,  wlasciciel,  starszy,  inzynierz  duza praktyka -  jestem regularnie  obrazany  przez  rzemieslnikow i dostawcow, i moje  zyczenia sa ignorowane.  Stolarz  czy  handlowiec  uwaza sie za lepszego od  inzyniera.  Czy to  pozycja  inzynierow  upadla,  czy tamtym sie poprzewracalo w glowach ?  A sam nie  moge  budowac - obiekt za duzy.  Nastepne  problemy  przede mna.  Gdzie  zwodowac ?  Jak? Jak poprawic to, co  "budowniczowie"  zrobili  po swojemu.  Jak   doplynac  do "cywilizowanych"   krajow?    Gdzie trzymac poza sezonem ?

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
2 lipca 2017 16:48

> Od  lat   mam  podobny pomysl,  ale  po przeciwnym  koncu spektrum. 

Trzymam bardzo kciuki za powodzenie. Problemy już znasz, więc teraz wystarczy skupić się na tym, jak je pokonać :)

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować