-

przemsa

Pasażer do Frankfurtu, czyli czego może bać się angielska dama

Pytanie, na ile autor utożsamia się z bohaterami tworzonej przez siebie powieści nie jest na pewno fundamentalnym ani dla przeciętnego czytelnika, ani nawet badaczy literatury, tym niemniej niejednokrotnie – dotyczy to zwłaszcza beletrystyki – łatwo zauważyć pewną zależność między twórcą a kreowanymi przez niego postaciami. Zależność ta sprawia, że  dzieło nabiera dodatkowego, „pozafabularnego” wymiaru. Wprawdzie nie jest łatwo ustalić, jakie dokładnie motywy stoją za tego rodzaju projekcjami, jednak na pewno jednym z nich jest chęć pokazania się z lepszej  strony i dokonanie – choćby tylko na papierze – rzeczy, których w realnym świecie nie potrafiłoby się lub zwyczajnie nie miałoby się okazji zrobić. Z drugiej strony może być to również sposób na powiedzenie czegoś w mniemaniu autora niezmiernie ważnego, ale trudnego do przekazania bezpośrednio tak, by nie wywołać u odbiorców znużenia lub znaczącego stukania się w czoło. Co jak co, ale przecież właśnie fikcyjna fabuła wyśmienicie nadaje się do tej roli. Wiele wskazuje na to, że właśnie z chęcią przekazania tą drogą własnych opinii mamy do czynienia w książce p.t. „Pasażer do Frankfurtu” – mocno nietypowym dziele Agathy Christie – mistrzyni klasycznych kryminałów.

Jak bardzo powieść ta różni się od historii z udziałem Herkulesa Poirota lub panny Jane Marple zauważy szybko każdy miłośnik twórczości Agathy Christie. Nie ma tam morderstwa, zagadki, genialnego detektywa i wąskiego grona podejrzanych. Jest za to ogólnoświatowy spisek, dyplomaci, wpływowi ludzie finansjery i polityki, agenci wywiadu. Mocno upraszczając tę kwestię, dla celów poglądowych, można stwierdzić, że „Pasażera do Frankfurtu” bardziej niż Christie mógłby stworzyć Ken Follet lub Desmond Bagley.  Jak jednak we wstępie wyjaśnia sama autorka, inspiracją stała się dla niej lektura codziennej prasy, gdzie aż roi się od wywołujących niepokój doniesień. „Świat zdaje się czerpać przyjemność w zadawaniu gwałtu, rozkosz w zniszczeniu.[1] To właśnie te nieprawości sprawiły, że ta Dama Komandor Orderu Imperium Brytyjskiego sięgnęła w pewnym momencie po pióro nie w celu  opisania po raz kolejny jakiejś zagmatwanej, krwawej i – nie bójmy się tego napisać wprost – zazwyczaj dość wydumanej - zbrodni popełnionej w zamkniętym pokoju, lecz po to, by w realiach tamtych czasów snuć opowieść o ogólnoświatowym spisku. Opowieści, która „nie jest niemożliwa – jest po prostu fikcyjna.”[2] Wprawdzie w warstwie fabularnej „Pasażer…” jest dość mocno teatralny, by nie rzecz wręcz – groteskowy, istotne, że pisząc go autorka „Dziesięciu Małych Murzynków” musiała być szczerze zaniepokojona tym, co docierało wtedy do niej za pośrednictwem mediów. Po prostu rzeczywistość zimnowojennego świata okazała się być ciekawsza niż jakaś arabska tajemnica lub zabójstwo Rogera Ackroyda.

Czytając „Pasażera do Frankfurtu” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że akcja całej powieści jest wyłącznie pretekstem do wyartykułowania w sfabularyzowanej formie lęków i niepokojów, które dotykały Agathę Christie w roku 1970. W głównej mierze cel ten realizowany jest za pośrednictwem sympatycznej, leciwej  angielskiej damy, ciotki głównego bohatera, Lady Matyldy Cleckheaton. To właśnie ona – choć nie wyłącznie, bo utrzymane w podobnym tonie kwestie wygłaszają również inni bohaterowie tej powieści – wydaje się być główną wyrazicielką poglądów Christie na wydarzenia współczesnego świata. Świata, który jak to już wyjaśniła na samym wstępie, wywołuje strach. „Strach przed tym, co niesie przyszłość. Nie tyle przed tym, co zdarza się każdego dnia, ile przed tym, co może się za tym kryć. I nie tylko w tym kraju, gdzie żyjemy. Wystarczy przewrócić stronę i przeczytać doniesienia z Europy, z Azji, z Ameryki – wieści ze świata.”[3]Przyjrzyjmy się więc, jakie wnioski płynące z tych obserwacji poczyniła mocno posunięta już wtedy w latach, bo osiemdziesięcioletnia królowa kryminałów.

Spiskowcami w „Pasażerze do Frankfurtu” są zafascynowani Hitlerem neofaszyści, którzy poprzez zamieszki wywołane przez otumanionych ich ideologią młodych ludzi dążą do zdestabilizowania sytuacji politycznej w kluczowych punktach globu i w konsekwencji do przejęcia władzy. Stoją za nimi olbrzymie kapitały i wpływy.  Jednak tak naprawdę mogliby być to dowolni inni „źli”, gdyż autorka – choć rzecz jasna jej pokolenie bardzo dobrze pamiętało drugą wojnę światową i obłęd, który wtedy zapanował – bynajmniej nie stara się przekonać czytelnika, że w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku właśnie faszyzm stanowi największe zagrożenie. Jest on dla niej tylko punktem wyjścia do rozważań nad sytuacją świata, którego ogólna kondycja musiała w tym czasie dość mocno tę brytyjską w każdym calu damę niepokoić. Począwszy od krytyki ówczesnych obyczajów: „Dzisiaj młoda dama mdleje słuchając dzikich skowytów do wtóru elektrycznych gitar, ale nie jest ani trochę sentymentalna.[4]; poprzez krytykę zniewalających, pozbawiających możliwości podejmowania samodzielnych decyzji, coraz powszechniej dostępnych narkotyków, aż po uwagi dotyczące odwiecznych praw rządzących ludźmi i ich postępowaniem:  „W życiu często powtarzają się stare jak świat wzory. W końcu nie ma ich tak wiele. Tak jak książka z próbkami robótek ręcznych. Wszystkiego sześćdziesiąt pięć wzorów. Widzisz jeden i z miejsca poznajesz.”, czy „Młodzież zawsze się buntuje, to naturalne. Sprzeciwiają się temu, co stare, burzą to, co zastali, chcą budować nowe. Chcą zmienić oblicze świata. Ale nie zdają sobie sprawy, że są ślepi.[5], autorka „Morderstwa w Orient Expresie” wkłada w usta swoich bohaterów frazy będące próbą odpowiedzenia na pytanie, co mogło spowodować, że stara, dobra Anglia zaczęła zmierzać w jakąś nieprzewidywalną, niebezpieczną stronę.  Christie nie obwinia o to zbuntowanych studentów, jak pozornie mogłoby się podczas lektury wydawać, ale tych, którzy naturalną skłonność do buntu młodego pokolenia postanowili tak cynicznie wykorzystać. W „Pasażerze…” jest to przede wszystkim obrzydliwie bogata faszystka Charlotte von Waldsaussen  – matka charyzmatycznego oszusta, który staje się guru anarchistów  - i nie ulega wątpliwości, że autorka byłaby bardzo szczęśliwa, gdyby w realnym świecie dało się wskazać kogoś tak ewidentnie winnego.  Wie jednak, że nie jest to niestety takie proste, jak w powieści chce to zaprezentować.

Ucieczka w fikcję literacką i fantastyczne rozwiązanie, jakie ostatecznie zaproponowała,  jest w oczywisty sposób czysto abstrakcyjne. Christie musiała wiedzieć, że choć jej spostrzeżenia i lęki nie są wcale przesadzone, to tak naprawdę niewiele z nich wynika. Jeżeli nawet za całym tym bałaganem i bezrozumnym szaleństwem, które ogarnia współczesnych jej ludzi stoi jakiś międzynarodowy spisek, to i tak nie sposób jednoznacznie wskazać kto personalnie za to wszystko odpowiada. Można oczywiście śmiać się z naiwności, jaką wykazała się ubierając w to wszystko jakichś samozwańczych spadkobierców Hitlera, ale nie ma to przecież tak naprawdę specjalnego znaczenia. Znamienne, że Dame Agatha,  która dotąd koncentrowała się na zagmatwanych, mogących w gruncie rzeczy wydarzyć się gdziekolwiek zbrodniach uznała, że rzeczywistość roku 1970 jest na tyle frapująca, że nie wolno jej przejść obok tego faktu obojętnie. Gdy wczujemy się w sytuację tej ze wszech miar poważanej, na wskroś brytyjskiej poddanej jej królewskiej mości z łatwością zrozumiemy, że nie mogła zachodzących na świecie zmian ignorować. W końcu to czasy rewolucji seksualnej, broni nuklearnej, wojny w Wietnamie i zamachów bombowych, a więc wydarzeń godzących w dawny porządek do którego była przyzwyczajona.  Ktoś o poglądach lewicowych potraktuje to oczywiście z drwiną dowodząc, że jej obawy okazały się być grubo na wyrost, bo dzięki przemianom społecznym tamtych lat mamy teraz tabletkę antykoncepcyjną, równouprawnienie, polityczną poprawność oraz inne postępowe cuda, jednak osoba trochę bardziej obeznana z historią i chętna do analiz oraz podsumowań na pewno przyzna, że motywy, którymi kierowała się Agatha Christie siadając do pisania „Pasażera do Frankfurtu” były jak najbardziej zrozumiałe i że faktycznie miała powody czuć się tym wszystkim zaniepokojona.

 

Jan Przemsa
Tekst ukazał się w "Szkole Nawigatorów"

-- 

[1] Agatha Christie. „Pasażer do Frankfurtu” Wydawnictwo Dolnośląskie. Tłumaczenie Leszek Śliwa i Anna Pełech. str. 10.

[2] op. cit. str. 11

[3] op. cit. str. 10

[4] op. cit. str. 72

[5] op. cit. str. 73 i 75



tagi: szkoła nawigatorów  przemsa  jan przemsa  christie  agatha christie  pasażer do frankfurtu  recenzje 

przemsa
21 czerwca 2017 09:44
6     546    2 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Czepiak1966 @przemsa
21 czerwca 2017 12:27

"Jak bardzo powieść ta różni się od historii z udziałem Herkulesa Poirota lub panny Jane Marple zauważy szybko każdy miłośnik twórczości Agathy Christie. Nie ma tam morderstwa, zagadki, genialnego detektywa i wąskiego grona podejrzanych. Jest za to ogólnoświatowy spisek, dyplomaci, wpływowi ludzie finansjery i polityki, agenci wywiadu. Mocno upraszczając tę kwestię, dla celów poglądowych, można stwierdzić, że „Pasażera do Frankfurtu” bardziej niż Christie mógłby stworzyć Ken Follet lub Desmond Bagley.  Jak jednak we wstępie wyjaśnia sama autorka, inspiracją stała się dla niej lektura codziennej prasy, gdzie aż roi się od wywołujących niepokój doniesień. „Świat zdaje się czerpać przyjemność w zadawaniu gwałtu, rozkosz w zniszczeniu.[1] To właśnie te nieprawości sprawiły, że ta Dama Komandor Orderu Imperium Brytyjskiego sięgnęła w pewnym momencie po pióro nie w celu  opisania po raz kolejny jakiejś zagmatwanej, krwawej i – nie bójmy się tego napisać wprost – zazwyczaj dość wydumanej - zbrodni popełnionej w zamkniętym pokoju, lecz po to, by w realiach tamtych czasów snuć opowieść o ogólnoświatowym spisku."

Nie czytałem Agaty, ponieważ to nie moja bajka, ale rzuciło mi się w oczy, że mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się prorocza powieść http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28318/oboz-swietych

Miałem to dwa miesiące temu w łapach i po 50-ciu stronach odpuściłem ze względu na moje psychiczne zdrowie.

zaloguj się by móc komentować

pink-panther @przemsa
21 czerwca 2017 12:54

Bardzo ciekawe przemyślenia. Przypomniała mi się znacznie wcześniejsza powieść pani Christie "w tym gatunku" pt. "Spotkanie w Bagdadzie" z roku 1951. Bohaterka Victoria Jones, piękna i leniwa stenotypistka poznaje w parku czasie przerwy obiadowej młodego pana Edwarda, który wybiera się do Bagdadu i zauroczona niebywale pod wpływem impulsu jedzie tzn leci za nim. Odnajduje go w tym Bagdadzie, gdzie on jest aktywistą jakiejś tajemniczej organizacji, która ma "zbawić świat' i jest nim absolutnie oczarowana. A dalej jest jeszcze ciekawiej ale nie zdradzę szczegółów bo cała przyjemność ulotniłaby się bezpowrotnie:)))

 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Czepiak1966 21 czerwca 2017 12:27
21 czerwca 2017 16:03

> rzuciło mi się w oczy, że mniej więcej w tym samym czasie pojawiła
> się prorocza powieść http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28318/oboz-swietych

Głośno o niej ostatnio. Mam ją od dawna, ale nie czytałem. Tego autora znam tylko Pierścień Rybaka. Ciekawa książka, choć podważa kwestie legalności papiestwa. Ogólnie jednak polecam.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @pink-panther 21 czerwca 2017 12:54
21 czerwca 2017 16:06

> Bardzo ciekawe przemyślenia. 

Dziękuję. Ale też Gabriel je kiedyś wydrukował, więc w sumie - stwierdzam nieskromnie - wiem od tym i z tego źródła ;-)

> Przypomniała mi się znacznie wcześniejsza powieść pani Christie "
> w tym gatunku" pt. "Spotkanie w Bagdadzie" z roku 1951.

Wlaśnie się zastanawiam, czy ją czytałem i nie potrafię sobie przypomnieć. Tak więc chętnie sięgnę po "Spotkanie w Bagdadzie", gdy skończę "Woję końca świata" Llosy.

 

zaloguj się by móc komentować

elzbieta @przemsa
22 czerwca 2017 07:16

Po lekturze Pana tekstu w Szkole Navigatorow kupilam te ksiazke, niepokoje autorki udzielily mi sie, ksiazka napewno pozostawia slad i nie wszystko jest literacka fikcja.

 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @elzbieta 22 czerwca 2017 07:16
22 czerwca 2017 10:36

> Po lekturze Pana tekstu w Szkole Navigatorow kupilam te ksiazke,
> niepokoje autorki udzielily mi sie, ksiazka napewno pozostawia slad
> i nie wszystko jest literacka fikcja.

Cieszę się, że choć niepokojąco, to jednak się podobało.

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować