-

przemsa

Ernest ‘Ezi’ Wilimowski. Na spalonym między Polską a Niemcami

Kiedy na początku listopada 2013 cała piłkarska Polska żegnała legendę Ruchu Chorzów  Gerarda Cieślika, Ernest Wilimowski – wcześniejsza gwiazda tej drużyny - nie żył już od ponad 15 lat. Pierwszy odszedł w glorii chwały - nikt nie wypominał mu okupacyjnego epizodu w Bismarckhütter Sport Verein - i nie tylko kibice „Niebieskich” oddawali należne mu honory; drugi natomiast – czy może pierwszy, wszystko zależy przecież od przyjętej miary – umarł praktycznie w zapomnieniu w odległym od Polski Zagłębiu Ruhry.
Tak się bowiem podziało, że choć każdy z nich występował w swoim czasie z białym orzełkiem na piersi i był piłkarzem ewidentnie nieprzeciętnym - prawdziwym mistrzem oklaskiwanym przez tłumy- tylko jednemu dane było znaleźć się w  panteonie polskich legend sportowych. Odpowiedź na pytanie dlaczego do tego doszło, wydaje się bardzo prosta: Ernest Wilimowski zdradził i to w najgorszym momencie. Reprezentując jeszcze przed Drugą Wojną Światową Polskę, dla której strzelał wyśmienite i niezapomniane gole – by wspomnieć tylko te z mistrzostw świata w 1938, gdzie za jego przyczyną brazylijski bramkarz aż czterokrotnie musiał wyciągać piłkę z siatki – już trzy lata później grał w koszulce z czarnym orłem i swastyką na piersi. Zdrajca, sprawa ewidentna i rację mieli wszyscy ci którzy, gdy w 1995 roku chciał przyjechać na 75-cio lecie swojego „Ruchu Chorzów” uznali, że ktoś taki nie może być mile widziany i nie został zaproszony.

Taki punkt widzenia jednak tylko pozornie jest jasny i zrozumiały. Pomija bowiem pewne istotne detale związane z miejscem urodzenia, wychowaniem i samym podejściem Ernesta Wilimowskiego do spraw związanych z własną tożsamością i polityką. Co więcej, przyjęcie tak kategorycznej oceny oznacza, że postrzegamy go przez pryzmat naszych – niestety często wydumanych - wyobrażeń o patriotyzmie, zdradzie i honorze pomijając zupełnie, że chodzi tu o zwykłego chłopaka, którego być może jedyną, a już na pewno największą chlubą była zdolność spektakularnego kiwania przeciwników i strzelania pięknych, radujących oko każdego miłośnika piłki goli. Może więc warto na jego przykładzie rozważyć, czy przypadkiem między patriotyzmem a zdradą nie rozciąga się szerokie pole pragmatycznej obojętności, gdzie swoje miejsce znajdują rzesze tych, którzy pozwalają nieść się wiatrowi historii w przekonaniu, że ich celem jest żyć i nikomu nic do tego, że tak właśnie zdecydowali.
Bardzo możliwe, że właśnie gdzieś tam plasował się ‘Ezi’. Zwłaszcza, że w jego przypadku niekoniecznie właśnie polski patriotyzm był czymś tak ewidentnie mu należnym i przypisanym. Ale po kolei…

Urodził się w 1916 roku jako obywatel Rzeszy z uważającej się za stuprocentową Niemkę matki z domu Pradella i ojca, który w tym samym czasie zginął walcząc niemieckim mundurze. W jego domu mówiło się po niemiecku, początkowo chodził też do niemieckiej szkoły. Grę w piłkę rozpoczął w klubie mniejszości niemieckiej 1. FC Katowice. Chociaż później jego ojczymem został polski patriota i sympatyk Wojciecha Korfantego Roman Wilimowski, po którym Ernst przyjął zresztą nazwisko, niewątpliwie przynależał do tej części Górnoślązaków, którzy w czasie plebiscytu opowiadali się za Niemcami. To jednak nie były już jego wybory. Mieszkał w polskiej części Górnego Śląska uczęszczał do polskiego gimnazjum i wiedząc, że karierę piłkarską łatwiej mu będzie zrobić w polskim klubie, nie miał nic przeciwko temu, by w 1934 przenieść się do założonego w 1920 przez powstańców Śląskich Ruchu Wielkie Hajduki (Ruch Chorzów). Z punktu widzenia Niemców transfer ten śmiało można było uznać za zdradę. Ponieważ przy tej okazji Wilimowski nie omieszkał zażądać posady dla siebie i dla swojego bezrobotnego ojczyma, pozostaje przyjąć, że podchodził do tych spraw mocno pragmatycznie i bez specjalnych sentymentów dla barw klubowych oraz kwestii narodowościowych.  Tak na jego temat wypowiadał się później inny, również pochodzący z Katowic reprezentant Polski Ewald Dytko: „Unikał polityki i drażliwych pytań o życie osobiste, ale też nigdy nie wygłaszał pochwał pod adresem Niemców. Oczywiście również nie demonstrował niechęci do Polski i byliśmy naprawdę dobrymi kolegami. Po wybuchu wojny wiadomo jak postąpił, myślę jednak, że faktycznie uważał się za Niemca.” Sam o sobie mówił, że jest Górnoślązakiem i to wydaje się jednak być bliższe prawdy. Powołany przez Józefa Kałużę do reprezentacji Polski nie robił uników, a w 1934, na Stadionie Wojska Polskiego - grając przeciwko Niemcom - nie czuł żadnego respektu strzelając im jedną z bramek. Można przypuszczać, że gdyby losy świata potoczyły się inaczej, zdobywałby kolejne gole dla Polski i przez głowę by mu nie przeszło, by chcieć grać dla reprezentacji narodowej zachodnich sąsiadów.
Owszem, na pewno chętnie pojechałby zarabiać lepsze pieniądze w którymś z klubów Bundesligi, ale przecież już w czasach mu współczesnych zaczynało być to marzenie jak najbardziej polskich piłkarzy. Tak się jednak złożyło, że nie tylko świetnie grał w piłkę, ale w pewnym okresie zarówno Niemcy jak i Polacy uważali go za swojego. Nie wiemy teraz, czy przysparzało mu to jakichś większych zmartwień i rozdarty między dwoma narodami pił, by zagłuszyć w sobie ból powodowany koniecznością dokonywania tak ważkich wyborów. Faktem jest jednak, że Ernest Wilimowski nie stronił od alkoholu. W 1938 roku, po wspominanym już tu meczu z Brazylią, spity do nieprzytomności przez przedstawiciela jednego z francuskich klubów, podpisał kontrakt zupełnie tego faktu nie pamiętając. Także już wcześniej mówiło się o jego niesportowym trybie życia, który miał się przyczynić do przynajmniej kilku porażek. Od większych kar chroniło go to, że nie były to jeszcze czasy profesjonalnego w każdym calu futbolu oraz oczywiście to, że był naprawdę wyśmienitym piłkarzem. Nie można wprawdzie twierdzić, że skłonność do mocnych trunków przeszkadza jakoś specjalnie w samookreśleniu własnej narodowości, tym niemniej uznanie tej słabości za przesłankę do twierdzenia, że Wilimowski zdecydowanie bardziej wolał się zabawić niż wybierać za którą ojczyznę chciałby umrzeć, nie będzie zbytnią przesadą. Przemawia za tym również jego postawa w pierwszych dniach wojny, gdy miał ukrywać się zarówno przed powołaniem do polskiej armii, jak i przed powiatowym szefem NSDAP Georgiem Joschke, który będąc wcześniej prezesem 1.FC Katowice dobrze pamiętał, że bez specjalnych sentymentów porzucił ten klub volksdeutschów na rzecz hołubionego przez wojewodę Grażyńskiego mocno polskiego Ruchu Chorzów. Bynajmniej nie było też tak, że po wejściu Niemców do Katowic, samobiczując się pognał do swoich ziomków zarzekając się, że Polakiem był tylko na niby, chwilę i w gruncie rzeczy przez przypadek. Prawda, grał znów dla - teraz nazywanego z niemiecka - 1. FC Kattowitz, ale przechodząc do saksońskiego Polizeisportverein Chemnitz, wzruszony żegnał się nie tylko z aktualnymi kolegami klubowymi, ale też tymi z Bismarckhütte BC (przed wojną Ruch Chorzów). Piłkarska ucieczka poza Śląsk musiała go także cieszyć z dwóch powodów: po pierwsze oddalała od mściwego Joschke, po drugie i pewnie ważniejsze, chroniła przed wcieleniem do Wehrmachtu, gdyż klub z Chemnitz był formalnie policyjnym. Identycznie jak wcześniej do polskiej, został powołany do reprezentacji Niemiec. Zadebiutował w meczu z Rumunią w 1941 roku. W sumie rozegrał w niej osiem meczy strzelając trzynaście bramek.

Jaki był jego stosunek do tego wszystkiego, trudno powiedzieć.
Niezaprzeczalnym faktem jest jednak, że nigdy nie wstąpił w szeregi NSDAP, a z informacji zapisanych w Archiwum Narodowym w Berlinie wynika, że nie był także członkiem żadnej innej organizacji nazistowskiej. Nie zachowały się też żadne źródła wskazujące, by wypowiadał się publicznie na temat Hitlera, co było dość częste w tym czasie i ze względów propagandowych nagłaśniane. Na moment wcielony do Wehrmachtu szybko został zwolniony, by zamiast do ludzi móc znów strzelać gole. Warto tutaj wspomnieć, że grając przeciwko Stowarzyszeniu Sportowemu SS ze Strasburga, Wilimowski postarał się jeszcze bardziej niż zwykle zdobywając siedem z piętnastu wbitych w tym zakończonym wynikiem 15:1 bramek. Dla równowagi, grając w Monachium z klubem ze śląskich, dawniej polskich Lipin, strzelił cztery z sześciu goli. Gdy pod koniec 1942 zrezygnowano z rozgrywania meczów międzypaństwowych i nawet bycie wybitnym sportowcem przestało chronić przed zaszczytami związanymi z walką o Wielką Rzeszę, ‘Ezi’ miał dość szczęścia i pewnie też sprytu, by znaleźć się wśród 25 graczy wojskowego garnizonu paryskiego, którzy nie musieli zamienić trykotu z czarnym orłem i swastyką na mundur i karabin.

Nie wiadomo, co robił między 1944 a niemiecką kapitulacją w maju 1945. Istotne, że po zakończeniu wojny nie miał nawet co myśleć o powrocie do Katowic, bo jak i inni Górnoślązacy, którzy opowiadali się po stronie Niemiec, został uznany za zdrajcę bez prawa powrotu do odrodzonej, komunistycznej Polski. Sam piłkarz tułał się po różnych klubach w niemieckich strefach okupacyjnych. Popadł w konflikt z prawem, niesportowo się prowadził (przed meczami zwykł wypijać kilka kieliszków wódki), miał ciągle długi. Gdy Niemcom przywrócono prawo uczestnictwa w Mistrzostwach Świata, skończył już 38 lat i nie mógł pogodzić się, że w nich nie wystąpi. Karierę zakończył pięć lat później jako grający trener.

Wiadomo, że za Śląskiem tęsknił. Właśnie za Śląskiem, bo przecież nie za Polską, którą niespecjalnie znał i która mogła wprawdzie, ale jednak nie musiała być dla niego tożsama z miejscem gdzie odnosił największe sukcesy, wychował się i urodził. Tam jednak nie był już mile widziany. Zmarł zapomniany w 1997 roku w Karlsruhe. Zarząd Ruchu Chorzów opublikował wtedy nekrolog, gdzie nazwano go wielkim piłkarzem, natomiast Niemiecki Związek Piłki Nożnej nawet nie wspomniał o nim w wydanym w 1999 roku monumentalnym, ważącym dwa kilogramy dziele p.t. „100 lat DBF”…

Tak zakończył swoje życie ten niewątpliwie wybitny piłkarz. Jedyny, który strzelał gole najpierw jako Polak Niemcom, a następnie jako Niemiec Polakom. Czy był zdrajcą, jak zwykła zwać go nie tylko powojenna, komunistyczna propaganda, ale również wspomniani na początku weterani Ruchu Chorzów, przeciwni zaproszeniu go na 75-cio lecie ich klubu? Pewnie jak zawsze, zależy to od przyjętej perspektywy.
Dla mnie - Polaka, Ślązaka i kibica „Niebieskich” – Wilimowski będzie zawsze przede wszystkim wspaniałym napastnikiem, który być może i był konformistą, ale przynajmniej też nie udawał bohatera.  Oczekiwano od niego opowiedzenie się po jednej ze stron, a on wolał by wybierano za niego lub też zwyczajnie mało interesowały go te sprawy. Chciał grać w piłkę, bawić się, pić, trwonić pieniądze, błyszczeć, odpoczywać. Oczywiście, trudno jest więc mówić w tym przypadku o postawie godnej naśladowania, ale nie znaczy to przecież, że zasługuje na epitet „zdrajca”, którym tak hojnie w stosunku do niego szafowano. Gdy więc teraz czytam, że legenda polskiego dziennikarstwa sportowego, a przy okazji tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa  Bohdan Tomaszewski, w pewnym momencie tak właśnie go określił dodając, że do Polski przyjeżdżać nie powinien, nie mam wątpliwości, że dobrze zrobiłem pisząc o nim z sympatią i zrozumieniem.

W kwietniu 2014 roku chorzowianie zdecydowali, że pamiątkowa ławeczka Gerarda Cieślika stanie nie na stadionie przy ulicy Cichej, ale na głównej ulicy miasta – Wolności. O takim uhonorowaniu Wilimowskiego raczej nie mam mowy. Zakładając jednak, że byłoby to możliwe, jakie miejsce byłoby najodpowiedniejsze? Gdzie mógłby stanąć pomnik piłkarza, który wraz z Teodorem Peterkiem i Gerardem Wodarzem tworzył najbardziej bramkostrzelne trio w dziejach Ruchu Chorzów? Myślę, że właśnie na stadionie tej drużyny, ale bynajmniej nie na trybunie honorowej.  Gdzieś z boku sektora gości pasowałby idealnie. Tam ten uśmiechnięty i postrzelony rudzielec z odstającymi uszami, Górnoślązak zapomniany przez każdą ze swych faktycznych lub domniemanych ojczyzn, byłby we właściwym miejscu. Jak i w życiu. Nigdzie tak do końca u siebie.

--

Na podstawie informacji z książki Thomasa Urbana „Czarny Orzeł Biały Orzeł. Piłkarze w trybach polityki” oraz znajdujących się tam odnośników do źródeł prasowych. Dodatkowo „Encyklopedia piłkarska FUJI. Kolekcja klubów. Ruch Chorzów” i „90 lat. Śląski PZPN Katowice. Księga Pamiątkowa”.

 

Jan Przemsa
tekst ukazał się trzecim numerze Szkoły Nawigatorów



tagi: niemcy  polska  historia  okupacja  ezi  ernest wilimowski  śląsk  piłka nożna  ruch chorzów  przemsa  jan przemsa  wydawnictwo przemsa  wilimowski 

przemsa
19 czerwca 2017 10:12
2     557    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
parasolnikov @przemsa
19 czerwca 2017 11:09

Ale oszukaństwo :)  cały czas czytam i myślę "gdzies już to widziałem" I oczywiście w stopce jest odpowiedź ...

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
19 czerwca 2017 11:40

> Ale oszukaństwo :)  cały czas czytam i myślę "gdzies już to widziałem"
> I oczywiście w stopce jest odpowiedź ...

Tym bardziej mi miło, że pamiętałeś :)

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować