-

przemsa

Biegowa Opowieść Wigilijna

Biegowa Opowieść Wigilijna

Jest Wigilia, kilkanaście minut po piątej rano. Pada deszcz, ciemno. Biegnę lasem. Nie za bardzo wiem po co. Wiem za to dlaczego. To przez głupią, dziecinną ambicję. Mamy już dwudziesty czwarty dzień grudnia, a za mną zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów. W każdym wcześniejszym miesiącu było tego więcej. Więc trzeba nadrobić. Wchodzę w to, choć trudno mi samemu doszukać się sensu. Jest mi ciężko. Sprawdzam tętno i widzę, że niewiele brakuje do mojego maksimum. Niechętnie zwalniam i wtedy właśnie czuję ukłucie. Centralnie w klatce piersiowej. Muszę stanąć. Zatrzymuję czas na zegarku, opieram się dłonią o drzewo i wystraszony daję sobie odpocząć.  Po dłuższej chwili oddech wraca do normy. Żadnego bólu już nie czuć, zatem chyba w porządku. Dobrze, że do domu już niedaleko. Jeszcze tylko – zerkam na zegarek – niecałe trzy kilometry, doczłapię. Po siedemnastu minutach z kawałkiem jestem na miejscu. Wszyscy śpią. Nie robiąc hałasu rozbieram się i wpadam do łazienki. Wchodzę pod prysznic. Pozwalam wodzie długo płynąć nim biorę się za mycie.

Facet siedzi w fotelu w salonie. Ja w szlafroku wytrzeszczam na niego oczy. Zatyka mnie. Naprawdę nie wiem, jak zareagować. Nie powinno go tu być. Uciekać, krzyczeć, sięgnąć do szuflady po nóż? Ubiega mnie. Słyszę jego głos. „Spokojnie, na wszystko jest już za późno” brzęczy w mojej głowie gdzieś głęboko. Wolę nawet nie zgadywać, co to ma znaczyć. Przyglądam mu się wreszcie. Ubrany w czarny garnitur z innej epoki, w takiego samego koloru koszulę ze stojącym wysoko kołnierzykiem i gładko przyczesanymi na bok olśniewająco białymi włosami przypomina przedsiębiorcę pogrzebowego ze starych komedii. Z tym, że nie ma w nim nic śmiesznego. Wąskie usta są zaciśnięte, a zimne oczy patrzą na mnie z nienawiścią i bezwzględną zawziętością. Odzywa się znowu i wtedy dopiero zauważam, że jego twarz pozostaje nieporuszony niczym maska. Mimo to jego głos dobiega moich uszu. Czy raczej dźwięczy w głowie. Trudno stwierdzić.

- I jak umiera się pod prysznicem – pyta beznamiętnie.

Milczę, bo co niby mógłbym odpowiedzieć. Bardziej zajęty jestem tym, że nie mogę się ruszyć, a myśl o śpiącej na górze żonie i dzieciach sprawia, że wpadam w panikę.

- No już, możesz – mówi, a ja czuję, że odzyskuję władzę w nogach. – Idź do łazienki – rozkazuje, bo nie sposób nazwać tego tonu inaczej.

Choć nie wiem dlaczego, bez wahania wykonuję polecenie. Dziwne. Odnoszę wrażenie, że raczej sunę równo i jednostajnie nad podłogą niż stawiam kroki. To pewnie przez ten zbyt długi szlafrok próbuję się sam pocieszyć.

Leżę pod prysznicem golusieńki. Z rozbitej głowy lub tylko nosa – nie widzę dokładnie, bo ta nie jest zwrócona w moją stronę – sączy się krew. Ciągle lecąca woda rozcieńcza ją i w odpływie znika przypominająca napój malinowy, rzadka ciecz. Jestem jakoś dziwnie powykręcany i nie wiem, czy oddycham. Mam nadzieję, że tak, ale nie założyłbym się o to. Zdecydowanie wyglądam martwo i ze zgrozą konstatuje, że koszmarna irracjonalność całej sytuacji dziwi mnie coraz mniej.

- Zdaje się, że to nagła śmierć sercowa – słyszę i wtedy orientuje się, że stoi tuż za mną. – Nie masz zielonego pojęcia o medycynie, więc nie będę cię raczył szczegółami. Istotne, że jest z tobą na tyle źle, że zjawiam się ja. A możesz mi wierzyć, że nie fatyguję się do ludzkiego śmiecia na nierokujące pogawędki.

- Umarłem?

- Prawie. Mózg jeszcze pracuje, ale mówiąc szczerze nie oczekiwałbym cudu. A w twojej sytuacji, to właśnie cud byłby niezbędny. Na tym etapie przechodzenia do – zdecydowanie nie nazwałbym go lepszym – świata, medycyna jest raczej bezradna. Zresztą skąd miałby się wziąć tu lekarz? Nim cię ścięło definitywnie, dzwoniłeś może na pogotowie? – kończy szyderczo.

- Jesteś…?

- Diabłem. To chyba oczywiste. Przyszedłem po twoją duszę.

- A nie czeka aby tu gdzieś obok jakiś mniej upadły anioł? – pytam z pewnym zadowoleniem zauważając, że moje ciężkie poczucie humoru ma się mimo wszystko nadal nieźle.

Spogląda na mnie z politowaniem.

- Obawiam się, że są zajęci mniej beznadziejnymi przypadkami. I nie mam tu na myśli kondycji fizycznej, ale raczej dorobek tudzież całokształt.

- Nie jestem taki zły – stwierdzam niepewnie.

- Byłeś, jak już. Czas przeszły mocno uzasadniony. Wymieniać mógłbym długo, ale weźmy pierwszy lepszy przykład z brzegu. Kiedy ostatni raz przyjmowałeś Komunię?

Zaskakuje mnie. Nieprzyjemnie i boleśnie. Czuję mrowienie w – zdaje się, że mało cielesnym- karku. Hm. W sierpniu? – odpowiadam niepewnie.

- W czerwcu. A mamy grudzień… Albo dalej – ciągnie. – Wprawdzie wybrałeś się trzy razy z dziećmi na roraty, jednak na niedzielnej Mszy Świętej już się nie zjawiłeś. Pracowałeś! Pamiętaj aby dzień święty święcić! Naprawdę za każdym razem niesamowicie i niezmiennie bawi mnie ten wasza szczera, debilna bezmyślność. Macie coś napisane. Czarno na białym. Oczywiste. Przykazania, Stary i Nowy Testament, nauczanie Kościoła, świadectwa świętych. A wy i tak wiecie lepiej. No bo przecież tego nie można traktować  literalnie! Ważne jest, by być uczciwym i miłym, a ta cała reszta, to taki dodatek. W dzisiejszych czasach mniej ważny. I tak dalej w ten kretyński deseń. Jeden z drugim chłopek-roztropek, mędrek myśli sobie, że wie lepiej, co należy robić, by wypełniać wolę TegoKtóryPozwoliłMiWykorzystywaćKażdąOkazję!  Tego, który nie wiedzieć czemu stworzył was, a później obiecał, że po śmierci może być wam jednak dane kontemplować Jego oblicze! Pomimo tego, że ta egzaltowana idiotka Ewa i jej infantylno-naiwny maż Adam, mając WSZYSTKO, skusili się na NIC! Pomimo tego, że czarno na białym Mu pokazałem, jakim beznadziejnym jesteście ścierwem. I On śmiał ukarać także i mnie! – wrzeszczy. - Pewnie już słyszałeś kiedyś te historię, co? Aha, no tak. To tylko taka alegoria. Jaki tam Pan Światła pod postacią węża, bajki dla dzieci – kończy drwiąco.

Zmienia się. Już nie jest przedsiębiorcą pogrzebowym, ale pełzający, gadem. Grubym, oślizłym i błyszczącym. Syczy i błyskawicznie zbliża swoją wielką głowę do mojej. Złe, jednak identyczne jak w człowieczej wersji oczy wbijają się we mnie ze wstrętem.

- Nienawidzę was – wyrzuca.  – Nienawidzę was tak bardzo, że nie jesteście sobie w stanie tego nawet wyobrazić. To przez was zostałem wygnany sprzed Jego oblicza! I moim jedynym celem jest zemsta. Aż do końca świata.

Patrzę jak wraca do swojej dawnej, ludzkiej postaci. Znów siedzi w fotelu, a ja, tak jak na początku, stoję sparaliżowany strachem, gdy…

Zjawia się kot. Moja kotka. Człapie powoli. Ziewa. Przeciąga się i patrząc na niego obojętnie ociera się o poły mojego szlafroka. Jest głodna ewidentnie.

- Ona mnie widzi – mówię z nadzieją, która się właśnie we mnie zatliła. – A zdaje się, że powinienem być czymś w rodzaju ducha. Czy więc aby coś ci się jednak nie pomyliło – zdecydowanie nabieram pewności siebie.

Zbywa mnie machnięciem ręki. – Koty są obok. To znaczy tu i tam. Mają ten przywilej od momentu, gdy On stworzył zwierzęta. Wszystkie oddały mu cześć, a tylko to jedno odwróciło się obojętnie. Nie pozwolił się nawet pogłaskać. Bo tak. Oniemaił, ale też rozbawiło Go to tak bardzo, że po wygnaniu z Raju pozwolił kotom różnić się od innych zwierząt i być wszędzie, nie tylko ludzkim świecie. Oczywiście kot nie jest tego świadomy. Stąd te wszystkie jego dziwne, schizofreniczne zachowania i humory. Koty po prostu czują, że coś tu nie pasuje. Raz wokół sami żywi, za chwilę mignie ktoś umarły. Nie rozumieją tego ni w ząb i wariują. Ale zostawmy koty, bo zdaje się, że twojego nakarmić będzie musiał jednak ktoś ździebko twardziej stąpający po tym świecie, hehe.

Nic nie mówię. Słucham.

- Twój czas dobiegł końca. O niebie zapomnij. Obstawiam piekło, ale w grę niestety wchodzi również czyściec. Wprawdzie nigdy nie głosowałeś na SLD lub Platformę i napisałeś kilka śmiesznych tekstów o Tusku i Petru, ale to jednak za mało by zrównoważyć inne grzechy. Samych zaniechań masz tyle, co dni dorosłego życia. Liczę jednak, że szala przeważy się na moją stronę.

Przerywa i sprawia wrażenie zamyślonego. Albo to tylko moja wyobraźnia, bo jego twarz nie wyraża nic poza nienawiścią.

- Wieczność – zdawało mi się, że wymawia to słowo z lubością. – Jak bardzie nie jesteś w stanie wyobrazić sobie wieczności? – pyta patrząc na mnie wyczekująco.

Nie odpowiadam, ale chyba też tego nie oczekuje.

- Zdradzę ci więc, że wieczność może być już sama w sobie czymś tak okrutnym, że w zasadzie nie potrzeba niczego więcej. To niewyobrażalna dla ludzkich pomiotów, nieskończona, pozbawiona wszelkiej nadziei tęsknota za Jego miłością. Miałeś jej namiastkę tysiące razy. Bardzo mocno odczułeś jej obecność, gdy rodziły się Twoje dzieci. Więc pomyśl, że Jego miłość jest googol googoli razy większa. A Ty ją poczujesz raz, w pełni, i zostanie ci odebrana. Na zawsze i zawsze. Na wieczność. Na tym polega piekło…

Zaczynam krzyczeć. A może tylko bardzo chciałbym. Nie wiem. Jeżeli jeszcze takową mam, paniczny strach mrozi mi resztkę krwi w żyłach. Czuję lodowate, przejmujące zimno. I głos. Inny. Znajomy.

- Tato, tato. Co ci się stało? Poślizgnąłeś się pod prysznicem?

To córka. Patrzy się na mnie lekko wystraszona. Musiała wstać przed momentem. Rozglądam się otępiały. Leżę pod ciągle włączonym prysznicem. Z nosa cieknie mi krew. Boli głowa. Jestem zziębnięty. Z trudem podnoszę się na śliskich kafelkach. Cały się trzęsę.

- Tak, tak… - dukam spierzchniętymi ustami. - Musiałem się poślizgnąć - mówię. Całuję ją zapewniając, że wszystko w porządku. Zakręcam lodowatą już wodę. Wycieram się ręcznikiem. Ubieram szlafrok. Krew tamuję chusteczką. Wychodzę do pokoju. Siadam wyczerpany i z zziębnięty na kanapie obok córki. Ta odwraca się mówiąc:

- A wiesz, tatusiku, gdy wstałam przed chwilą pomyślałam, że dziś Wigilia i pomodlę się za ciebie tak trochę bardziej…



tagi: przemsa  jan przemsa  wydawnictwo przemsa  biegowa opowieść wigilijna  bieganie  wigilia 

przemsa
24 grudnia 2017 10:58
9     761    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Magazynier @przemsa
24 grudnia 2017 16:07

Plus. Ma coś takiego w sobie ten tekst, co ma również ostatni film Brauna, dodaną wartość wzrastającej nagle pobożności.

Serdecznie radości i wszystkiego co najlepsze dziś na urodziny naszego Zbawcy, na całe święta i w całym nowym roku. 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Magazynier 24 grudnia 2017 16:07
24 grudnia 2017 16:42

Dziękuję Ci bardzo.
I wzajemnie. Wszystkiego dobrego! Bożego błogosławieństwa.

 

zaloguj się by móc komentować

Rozalia @przemsa
24 grudnia 2017 22:02

Ładne,  bardzo ładne. Od dziś będę bardziej zwracać uwagę na przemsę.

Błogosławionych Świąt dla całej rodziny tatusika. 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @Rozalia 24 grudnia 2017 22:02
24 grudnia 2017 22:14

Dziękuję Ci, Rozalio.
Wzajemnie. Błogosławionych Świąt.

 

zaloguj się by móc komentować

sannis @przemsa
24 grudnia 2017 22:41

Czekam na Pasterkę i tak wskoczyłem na chwilkę na SN. Czytam i szczena opadła. Opowieści dryndziarza są super ale to jest majstersztyk. Błogosławieństwa Dzięciątaka Jezus dla Autora i dla Czytelników.

P.S. Aha i nie biegamy, polecam rower albo rolki/łyżwy:)

zaloguj się by móc komentować

przemsa @sannis 24 grudnia 2017 22:41
24 grudnia 2017 22:48

Dziękuję bardzo, również wszystkiego dobrego.

PS Biegamy, biegamy. Długie dystanse uzależniają :)

 

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
25 grudnia 2017 12:30

Coś mnie męczyło i już wiem.
Jakoś mi się wiąże.
The best of Adam Bernard Mickiewicz:
 

Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem
Za miasto, pod słup na wzgórek,
Tam przed cudownym klęknijcie obrazem,
Pobożnie zmówcie paciórek.

Tato nie wraca; ranki i wieczory
We łzach go czekam i trwodze;
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory
I pełno zbójców na drodze".

Słysząc to dziatki biegą wszystkie razem,
Za miasto, pod słup na wzgórek,
Tam przed cudownym klękają obrazem
I zaczynają paciórek.

Całują ziemię, potem: "W imię Ojca,
Syna i Ducha świętego,
Bądź pochwalona, przenajświętsza Trójca,
Teraz i czasu wszelkiego".

Potem: Ojcze nasz i Zdrowaś, i Wierzę,
Dziesięcioro i koronki,
A kiedy całe zmówili pacierze,
Wyjmą książeczkę z kieszonki:

I litaniją do Najświętszej Matki
Starszy brat śpiewa, a z bratem
"Najświętsza Matko - przyśpiewują dziatki,
Zmiłuj się, zmiłuj nad tatem!"

Wtem słychać tarkot, wozy jadą drogą
I wóz znajomy na przedzie;
Skoczyły dzieci i krzyczą jak mogą:
"Tato, ach, tato nasz jedzie!"

Obaczył kupiec, łzy radośne leje,
Z wozu na ziemię wylata;
"Ha, jak się macie, co się u was dzieje?
Czyście tęskniły do tata?

Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?
A ot rozynki w koszyku".
Ten sobie mówi, a ten sobie mówi,
Pełno radości i krzyku.

"Ruszajcie - kupiec na sługi zawoła -
Ja z dziećmi pójdę ku miastu".
Idzie... aż zbójcy obskoczą dokoła,
A zbójców było dwunastu.


Brody ich długie, kręcone wąsiska,
Wzrok dziki, suknia plugawa;
Noże za pasem, miecz u boku błyska,
W ręku ogromna buława.

Krzyknęły dziatki, do ojca przypadły,
Tulą się pod płaszcz na łonie;
Truchleją sługi, struchlał pan wybladły,
Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie.

"Ach, bierzcie wozy, ach, bierzcie dostatek,
Tylko puszczajcie nas zdrowo,
Nie róbcie małych sierotami dziatek
I młodej małżonki wdową".

Nie słucha zgraja, ten już wóz wyprzęga,
Zabiera konie, a drugi
"Pieniędzy!" krzyczy i buławą sięga,
Ów z mieczem wpada na sługi.

Wtem: "Stójcie, stójcie!" - krzyknie starszy zbójca
I spędza bandę precz z drogi,
A wypuściwszy i dzieci, i ojca,
"Idźcie, rzekł, dalej bez trwogi".

Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie:
"Nie dziękuj, wyznam ci szczerze,
Pierwszy bym pałkę strzaskał na twej głowie,
Gdyby nie dziatek pacierze.

Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,
Darzą cię życiem i zdrowiem;
Im więc podziękuj za to, co się stało,
A jak się stało, opowiem.

Z dawna już słysząc o przejeździe kupca,
I ja, i moje kamraty,
Tutaj za miastem, przy wzgórku u słupca
Zasiadaliśmy na czaty.

Dzisiaj nadchodzę, patrzę między chrusty,
Modlą się dziatki do Boga,
Słucham, z początku porwał mię śmiech pusty,
A potem litość i trwoga.

Słucham, ojczyste przyszły na myśl strony,
Buława upadła z ręki;
Ach! ja mam żonę, i u mojej żony
Jest synek taki maleńki.

Kupcze! jedź w miasto, ja do lasu muszę;
Wy, dziatki, na ten pagórek
Biegajcie sobie, i za moję duszę
Zmówcie też czasem paciórek

zaloguj się by móc komentować

MarcinD @przemsa
25 grudnia 2017 22:45

Przeczytałem, bo bieganie mnie skusiło. A czytało się całkiem gładko. No i to ostatnie zdanie. Warto nauczyć dzieci się modlić, także i za nas rodziców.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @przemsa
26 grudnia 2017 10:41

Bieganie jest kuszące. Co do reszty również zgoda.

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować